poniedziałek, 19 maja 2014

1. Alter ego



- Kurwa, gdzie to jest!
Oh Sehun w rozgorączkowaniu przetrząsał wszystkie szafki; na podłodze walały się porozrzucane ubrania, materac był odwrócony do góry nogami, a na środku pokoju leżała pościel zwinięta w kłębek. Przeszukał już cały dom, ale po małej paczuszce nie było śladu. W złości kopnął w krzesło, które - chyba ze starości - złamało się jak zapałka.
- To się nie dzieje naprawdę - bąknął sam do siebie, nie zauważył, kiedy w drzwiach stanęła jego siedemnastoletnia siostra, Sohi.
- Oppa, co ty wyprawiasz?
- Zamknij się - warknął Sehun. Przelotnie na nią spojrzał, jakby liczył na jej pomoc, ale ona tylko ostentacyjnie przewróciła oczami. - Nie patrz tak na mnie.
- Idę do siebie.
Jednak zanim zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, Sehun złapał Sohi za rękaw jej szkolnego mundurku.
- Gdzie to jest? - zapytał groźnie, mocno ściskając ją za nadgarstek; czuł, jak ponoszą go emocje. Ta smarkula musiała coś wiedzieć, niemożliwe, żeby cała działka tak po prostu wyparowała.
Któregoś dnia wyznała mu, że wrzuciła woreczek do kibla i wtedy omal jej nie zabił. Od tamtego czasu hamował swój gniew, co nie było takie łatwe, kiedy człowiek jest uzależniony, a ktoś tak po prostu marnuje coś, co kosztowało więcej niż miesięczny czynsz za mieszkanie.
Dziewczyna zacisnęła usta w wąską kreskę, unikając jego wzroku.
- Kurwa, odpowiadaj albo coś ci zrobię!
- Jesteś skończonym debilem, skoro nawet nie pamiętasz, jak się wczoraj naćpałeś! Już myślałam, że się wykończysz! - wrzasnęła, ledwie powstrzymując łzy w oczach. Wyrwała rękę, tą, którą trzymał w żelaznym uścisku. - Byłoby lepiej, gdybym nie miała żadnego brata, niż takiego, o którego muszę się bez przerwy martwić, czy rano będzie jeszcze oddychał!
Po tych słowach wybiegła, Sehun słyszał zza cienkiej ściany jej zduszony szloch i prawie poczuł wyrzuty sumienia, ale widok zdewastowanego pokoju go otrzeźwił. Po raz kolejny weterował miejsca, w których mógł ukryć cudowny biały proszek, niezbędny mu do życia. Coraz bardziej się denerwował, działał jak w amoku, jak osoba pozbawiona jedynej cennej rzeczy, która się dla niego liczyła i za wszelką cenę próbował to odzyskać, chociaż wiedział, że to bez sesnu. Potrzebował więcej narkotyku, inaczej nie będzie w stanie normalnie funkcjonować. Już nie pamiętał dnia, kiedy nie brał, to musiało być bardzo dawno temu, bo jedyne o czym mógł teraz myśleć, to skąd wziąć kasę na nowy towar.
Mijały minuty, a on nadal nie miał pomysłu, jak to załatwić. Być może Sohi posiadała jakieś oszczędności, które mógł wykorzystać. Napędzany tą myślą wtargnął do jej pokoju i bez słowa rzucił się na różowy plecak. Podejrzewał, że tam znajdowały się pieniądze, ale kiedy wysypał zawartość i nie znalazł nic, co by go zadowoliło, poczuł jeszcze większą furię. Cisnął torbą z taką siłą, że jego młodsza siostra uchyliła się w ostatniej chwili, unikając poważnych obrażeń, które z pewnością by odniosła.
- Oppa, dlaczego się tak zachowujesz? - Głos jej się łamał, kiedy do niego mówiła, a on wcale nie reagował, tylko bardziej się nakręcał. Przypominał szaleńca, który postradał zmysły; Sohi starała się jakoś go uspokoić, bo znowu wpadł w szał z niewyjaśnionego powodu. - Oppa, przestań, już wystarczy. - Chciała do niego podejść, ale Sehun na to nie pozwolił i odepchnął ją. - Wróć do mnie, oppa.
Zawsze, kiedy się tak wściekał, wypowiadała to zdanie a on jakby obudzony ze snu, podchodził do niej i ją tulił, mówiąc, że wszystko będzie dobrze. Tym razem było zupełnie inaczej. Czuła, że go straciła, że Sehun odszedł i nie ma sposobu, by wyciągnąć go z mroku, w którym sam zdecydował się trwać.
- Wróć do mnie - powtórzyła, wciąż mając nadzieję, że jeszcze nie jest za późno. 
Sehun spojrzał na nią swoimi pozbawionymi blasku oczami, jego ciało też nie wyglądało za dobrze; był wychudzony, przez koszulkę przebijały się wystające obojczyki, a blada twarz zapadła się od nadmiaru trujących substancji przez lata wstrzykiwanych do organizmu. Ktoś, kto go nie zna, uznałby go za chodzącego trupa i nie dawał szans na wyjście z nałogu, niemniej Sohi łudziła się, że jej brat był jeszcze na tyle rozsądny, by z tym skończyć. Dzisiaj chyba sobie uświadomiła, że powinna przestać się nim przejmować. Jeśli umrze, to będzie to tylko i wyłącznie jego winna, ona zrobiła co mogła, by mu pomóc. To, że jej nie słuchał i coraz bardziej się pogrążał, było jego decyzją.
Rozbiegane gałki Sehuna krążyły od jej twarzy do komody z ubraniami i kosmetykami.
- Schowałaś to - wydał bezpodstawne oskarżenie. - Zabrałaś to, prawda?
Sohi nie ruszyła się z miejsca, kiedy po kolei jej rzeczy lądowały na brudnej podłodze. Nie miała nawet czasu posprzątać, bo albo się uczyła do późna albo pracowała po nocach (trzeba dodać, że była jeszcze niepełnoletnia, ale została do tego zmuszona), by spłacić rachunki. Początkowo to Sehun się tym zajmował, ale odkąd zaczął brać, zupełnie się w tym zatracił i wszystko, co udało mu się zarobić, wydawał na to świństwo, którym całą sobą gardziła.
To już kilka lat odkąd stracili rodziców w tragicznym wypadku samochodowym, w skutek czego rodzina ze strony ojca przygarnęła nieletnich Sehuna i Sohi, którzy nie mogli wtedy przebywać bez opieki. Ten okres był dla nich najtrudniejszym, co sprawiło, że zżyli się ze sobą; Sohi nie chciała z nikim innym rozmawiać, stała się bardzo skryta i słuchała tylko słów Sehuna. Wujek Siwon był dla nich dobry, ale chłopak widząc, jak Sohi coraz bardziej zamyka się w sobie, postanowił sam podjąć jakieś działania. Jeśli tylko on mógł do niej dotrzeć, to zamieszkanie tylko we dwójkę powinno załatwić problem. Kiedy się wyprowadzali, tłumaczył się tym, że są na tyle dorośli i odpowiedzialni, by zająć się sobą nawzajem. Jak bardzo był w błędzie, sądząc, że da sobie radę z nastoletnią siostrą, skoro nawet nie potrafi zadbać o siebie.
- Nie... - próbowała coś powiedzieć, ale nie dał jej dokończyć.
- Nie kłam! Wzięłaś i gdzieś przede mną ukrywasz. Wiem, że robisz to dla mojego dobra, ale musisz mi to oddać. Zmienię się. Zmiejszę dawkę - zapewniał ją. - Będę dawnym Sehunem. Twoim bratem. - Zrobił krok w jej stronę, jakby miał zamiar ją objąć i udawać, że wszystko wróciło do normy, ale Sohi nie chciała go okłamywać ani samej siebie.
- Wczoraj wszystko zażyłeś - odpowiedziała zgodnie z prawdą, której Sehun twardo zaprzeczał, kręcąc głową. Dalej wyrzucał przedmioty, które dla niego nie miały żadnej wartości, a dla Sohi wręcz przeciwnie. Mogła tylko patrzeć, jak flakonik jedynych perfum, które dostała od brata na urodziny z brzękiem upada i rozbija się na drobniutkie kryształki. Charakterystyczny piżmowy zapach zmieszany z kwiatowym unosił się w powietrzu, wypełniając przestrzeń i drażniąc zmysły swoją intensywnością.
- Na pewno coś zostało - wmawiał sobie chudy chłopak, powoli jednak tracił wiarę we własne słowa. - Musiało coś zostać, niemożliwe. - Brzmiał tak żałośnie, że zrobiło jej się go żal.
Zrozpaczony Sehun usiadł na podłodze, obejmując się rękami, jakby chciał uchronić się przed ostatecznym rozpadem, jakby jego ciało, tak jak ta mała buteleczka perfum, miało roztrzaskać się w tysiące ostrych kawałeczków, które boleśnie raniły jego umierającą duszę.

***

Księżyc był zasnuty srebrzystą poświatą, a jego blask zakrywała gęsta mgła. Otaczała go tylko ciemność, niebo było dziś wyjątkowo zachmurzone i nie dało się dostrzec żadnych gwiazd. Noce stawały się coraz zimniejsze, tak jak i dnie. To chyba oznaka zbliżającej się zimy.
Mroźny podmuch rozwiał poplątane włosy czarnookiego chłopaka, samotnie przemierzającego opustoszałe ulice. W pewnej chwili zatrzymał się przed budynkiem, który na pierwszy rzut oka wyglądał normalnie, nie licząc tajemnic skrywających się za ścianami. Nie zaskakiwał swoją architekturą, był dość zwyczajny i nijaki; szary kwadrat z betonu, z wielkimi oknami, wokół których widniały czarne obramowania. Tuż nad potrójnymi szklanymi drzwiami wisiał napis: "Zakład Psychiatryczny Haneul", żeby nie pomylić go z jakimś szpitalem lub magazynem, co wcześniej często się zdarzało.
Żałosny widok na zewnątrz, diametralnie odbiegał od tego, co działo się w wewnątrz. Sterylnie czyste korytarze, z których można by jeść, a także sale wyposażone w nowoczesne sprzęty, jednym słowem - luksus. O ile można tak powiedzieć o domu dla obłąkanych. W tym właśnie miejscu przebywała matka Kaia.
Od jakiegoś czasu przestał ją odwiedzać, bo jej stan pogarszał się za każdym razem, jak tylko go widziała. On sam czuł, że zaczyna wariować, gdy ciągle mówiła mu o zmarłych, którzy podobno ją nachodzą. Niekiedy potrafiła godzinami wpatrywać się niewidzącym wzrokiem w okno, jakby w ogóle nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. To zaczynało go przerażać, ale także martwił się coraz bardziej, czy ci ludzie będą w stanie ją wyleczyć po tak długim czasie.
Jedyną osobą odpowiedzialną za stan matki, był ojciec Kaia, który po tym jak wsadził ją do psychiatryka, od razu się z nią rozwódł i ponownie ożenił z wdową z Gyeongju. Tym sposobem zyskał przybranego brata i macochę w wieku dziesięciu lat, jednak dla niego nie była to nawet namiastka zwyczajnej rodziny. Nie potrafił zaakceptować faktu, że ojciec bez żadnego żalu zostawił kobietę, z którą dzielił życie i nie miał nawet wyrzutów sumienia, umieszając ją w zakładzie, by stała się jeszcze większą wariatką niż w istocie była.
W momencie, kiedy wszelkie nadzieje w sercu chłopaka zaczęły wygasać, jego nastawienie do świata zmieniło się diametralnie. W tym niegdyś spokojnym, rozważnym brunecie poczęło się coś, co całkowicie odmieniło tą wcześniejszą nieskazitelną osobowość. Jego podejście do świata stało się strasznie lekkomyślne. W końcu, czy warto przywiązywać do czegoś szczególną uwagę, skoro nawet nie ma pewności, że obiekt, do którego pałamy jakimś, niekoniecznie wyjątkowym uczuciem, kiedyś nie przepadnie, rozbijając się na drobne kawałeczki niczym przynoszący szczęście porcelanowy słonik?
Kai zaciągnął się głośno, wdychając zimne powietrze, jakby mogło to w jakiś sposób uśmierzyć ból, który rozchodził się po jego klatce piersiowej. Nie był on rzeczywisty, nie odczuwał niczego, co można było uznać za jakiekolwiek cierpienie fizyczne. Ten rodzaj bólu był gorszy, trawił go od środka, sączył się jak trucizna w żyłach, stopniowo pozbawiając go wszystkiego, na czym mu kiedykolwiek zależało.
Posłał ostatnie, krótkie spojrzenie w stronę ponurego budynku.
- Tęsknię za tobą, mamo - powiedział w pustą przestrzeń i ruszył wolnym krokiem przed siebie, zostawiając wszelkie pozytywne myśli za sobą.
Nie miał pojęcia, dokąd zmierza, chciał jedynie chociaż na chwilę pobyć sam, by oderwać się od rzeczywistości i nie przejmować się niczym związanym z dawnym życiem, które było dla niego najgorszym okresem w całej jego bezwartościowej egzystencji. Odpychając od siebie te nieprzyjemne wizje, postanowił, że już nigdy więcej nie będzie do tego wracał, że pora zamknąć ten rozdział. 
Kim Jongin, którym niegdyś był, już nie istniał, zastąpił go Kai, jego alter ego, ktoś, kto był zupełnym przeciwieństwem tego pierwszego. Kai często robił rzeczy, na które Jongin nigdy by się nie odważył, i o których nawet nie myśłał, że byłby do nich zdolny. Stał się przez to innym człowiekiem i dzięki temu czuł się nieco lepiej, że nie musi już udawać grzecznego chłopca, którym wcale nie chciał być.
Kiedy tak pogrążył się we własnych mrocznych myślach, dostrzegł w oddali postać, zbliżającą się z każdą sekundą, jakby w ogóle nie dostrzegała niczego na drodze przed sobą. Jej kruczoczarne włosy falowały na wietrze, częściowo zasłaniając twarz. Szła szybko, prawie biegła, co jakiś czas wycierając łzy, które nawet z tej odległości błyszczały jak małe diamenty. Dziewczyna wyminęła go, a on mimo woli obejrzał się za nią, bo coś nie dawało mu spokoju. 
Nie, ty się tak nie zachowujesz - upomniał się w duchu. Teraz jesteś Kaiem, może Jongina by to poruszyło, ale nie ciebie. Zostaw ją, niech sama upora się z własnymi zmartwieniami. Jednak wbrew sobie zaczął iść za nią,  czy to z ciekawawości, czy dlatego, że wydawała mu się taka krucha i niewinna. Z tego, co zaobserwował, nie mogła mieć więcej jak osiemnaście lat, a stwierdził to jedynie po granatowej marynarce i pasującej do niej spódniczce w kratkę, która była szkolnym mundurkiem. Jak na tak chłodną pogodę powinna przynajmniej założyć coś na wierzch i... Zatrzymał się gwałtownie, próbując zrozumieć, dlaczego nagle przejmował się jakąś nieznajomą. To takie niepodobne do niego, że już miał się wycofać, ale wtedy zobaczył, jak potknęła się o wystającą kostkę z chodnika, i chwiejąc się, upada...
Świeże płatki pierwszego grudniowego śniegu wirowały wokół jej ciała, niczym malutkie, białe baletnice. Kai nawet nie wiedział, kiedy jego silne dłonie obejmowały ramiona dziewczyny. To stało się tak szybko, tak nagle, że zrobił to całkowicie odruchowo. Jej drobna postać drżała z zimna w jego uścisku, ale Kai dobrze wiedział, co było tego przyczyną. Zaskoczona dziewczyna odwróciła się do niego, cofając się przy tym dwa kroki. Nie miał jej tego za złe, przecież zaszedł ją od tyłu jak jakiś zboczeniec, mogła pomyśleć o nim to, co każdy by pomyślał w takiej sytuacji.
- Wszystko w porządku? - zapytał szczerze zatroskany.
Długowłosa wykonała kolejne dwa kroki, znowu zwiększając dystans między nimi na bezpieczną odległość.
- Odwal się - rzuciła tonem przepełnionym niewyjaśnioną złością. Jej wrogie nastawienie nie spodobało się Kaiowi.
- Hej, tylko ci pomogłem. Nie uważasz, że powinnaś przynajmniej podziękować? - Zmarszczył czoło, kiedy obrzuciła go kolejnym ostrym spojrzeniem, ale nic więcej nie powiedziała. - Nie jestem przestępcą. Czy wyglądam jak ktoś, kto tylko śledzi młode, zapłakane dziewczyny w nocy, a potem zaciąga je do ciemnego zaułku?
Kai poczuł nagłą potrzebę wytłumaczenia się ze swojego dość nietypowego zachownia, chociaż nie uczynił nic, co można byłoby odebrać jako niewłaściwe. Zirytował się, bardziej na siebie niż na nią, za to, że w ogóle musiał to robić.
- Dlaczego ja ci to mówię - mruknął pod nosem, ale widząc jak pociera ramiona, by się ogrzać, podszedł do niej, uprzednio zdejmując z siebie pikowaną kurtkę i okrył nią dziewczynę. - Nie musisz dziękować, jeśli nie chcesz. Zrozumiem to.
Pełna niezręcznej ciszy atmosfera została przerwana przez jej cichy szept.
- Dziękuję.
Kai nie zdążył nic więcej dodać, bo już jej nie było. Zniknęła gdzieś jak mgła między wąskimi uliczkami, zostawiając go samego pośród coraz bardziej przybierającego na sile prószącego śniegu.

***

Ciche skrzypnięcie drzwi wejściowych wyrwało Sehuna z otępienia, trwającego od momentu, kiedy Sohi z płaczem wybiegła z domu aż do teraz. Przez cały ten czas nie poruszył się nawet na milimetr, zamykając się w swoim małym świecie, do którego nikt z zewnątrz nie miał dostępu. Wydawało mu się, że zapadł się on gdzieś w podziemiach pod ciężarem jego nieszczęścia. Miał wrażenie, że w tym życiu nie ma nic, co mogłoby go stuprocentowo uszczęśliwić. 
W jego myślach miał tylko jeden obraz. Obraz, który był częstym widokiem malującym się na płótnie w jego głowie. Do swoich siedemnastych urodzin, a dokładnie do dnia przed nimi, był bezpodstawnie oskarżany przez rodziców o wszelkie niepowodzenia, jakie ich spotykały. Można powiedzieć, że żył pod kloszem, by tylko spełniać ich zachcianki, by być takim, jakim oni chcieliby go widzieć. Jednak Sehun nie wytrzymał tej presji i się zbuntował, co przyniosło za sobą katastrofane skutki. Gdyby mógł o tym zapomnieć, pewnie wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej...
Dla Sehuna ten dzień był czymś w rodzaju szczęścia w nieszczęściu. To był pierwszy raz, kiedy rodzice zrobili coś z myślą o nim. Jedenasty kwietnia miał nieść ze sobą nowy początek, ponownie obudzić w tej rodzinie prawdziwą miłość. 
- Sehun. - Przyjemny kobiecy głos dobiegł dwie pary uszu w samochodzie. - I co? Podobało Ci się?
Chłopak skinął głową, jednak fakt, że zajmował on miejsce na tylnym siedzeniu, uniemożliwiło zauważenie jego odpowiedzi przez matkę.
- Sehun. 
- Co? - wymamrotał, opierając głowę o chłodną powierzchnię samochodowej szyby. 
- Zadałam Ci pytanie.
- Słyszałem - odpowiedział leniwie. - Tak, podobało mi się. 
- No proszę, jakiś postęp! Mojemu synowi coś się spodobało. - Z udawaną ekscytacją przemówił wcześniej milczący mężczyzna. 
Oh Soohyun - ojciec Sehuna, był człowiekiem, który stawiał rodzinę na drugim miejscu. Pochłonięty pracą i innymi, mniej ważnymi związanymi z nią obowiązkami, zapominał o problemach, które tworzyły się w domu głównie z jego winy. 
- Podoba mi się wiele rzeczy, ale nie masz czasu tego dostrzec - mruknął pod nosem, ale na tyle głośno, żeby osoby przed nim to usłyszały.
- Mógłbyś przynajmniej udawać, że się cieszysz - dodała jego matka, z lekką nutką zawodu w głosie.
Nic nie odpowiedział, tylko bardziej skulił się na fotelu, zatapiając się we własnych myślach. Nigdy nie spędził aż tyle czasu z rodzicami, którzy wyjatkowo poświęcili swojemu prawie dorosłemu synowu trochę uwagi. Kiedy przyniósł do domu wyniki z egzaminu końcowego, wynoszące nie mniej nie więcej jak 100%, byli tak wniebowzięci, że w zamian postanowili zorganizować rodzinny wyjazd nad Morze Wschodnie. Trzynastoletnia Sohi została u dziadków na wsi, bo chcieli pobyć tylko z Sehunem i dać mu do zrozumienia, że jednak troszczą się o niego i wspierają go w każdej podejmowanej przez niego decyzji. Ale im się tylko wydawało, że tak jest. 
Sehun nigdy nie powiedział im, co było jego największą pasją, co sprawiało, że jego serce łomotało w klatce jak oszalałe, kiedy w tajemnicy przed wszystkimi spotykał się z ludźmi, z którymi podzielał wspólną wizję świata. Pragnął tworzyć muzykę, pisać teksty, być człowiekiem wolnym i nieograniczonym przez surowe zasady. Matka z pewnością by zaakceptowała jego wybór, co innego ojciec i to właśnie z jego powodu Sehun nie odważył się przyznać, że wstąpił do undergroundowego zespołu.
Jednak nie trwało to długo. Marzenie, które miało być początkiem wielkiego rozkwitu jego kariery, szybko zwiędło. Młody chłopak wraz ze swoim przyjacielem, Baekhyunem, pozostali na lodzie, kiedy okazało się, że trójka pozostałych członków odchodzi. Rozumieli powód odejścia Sungyeola - perkusisty - który na swojej drodze życiowej złapał niebywałą okazję wyjazdu do Londynu, na studia jego marzeń. Chłopak uwielbiał podroże, a propozycja rozwoju swojej pasji w zupełnie innym kraju, na kierunku, o którym zawsze marzył, była nie do odrzucenia. Najmłodszy, Shin Jiho, którego w zwyczaju mieli nazywać Xero, niedługo przed rozpadem dowiedział się, że jego matka cierpi na ciężką chorobę, która jest już w zaawansowanym stadium i nie da się jej zwalczyć. Blondyn postanowił spędzić z nią ostatnie chwile, całkowicie odłączając się od swoich muzycznych towarzyszy. Trzeci, ostatni chłopak, Chanyeol, stwierdził, że gra w trójkę nie ma najmniejszego sensu. Mimo wielu próśb i zakładań, że znajdą kogoś, kto zajmie miejsce pozostałej dwójki, wyższy nie uległ. Odszedł jakby bez najmniejszego żalu, jakby dni, które poświęcili wszystkim próbom, wcale się dla niego nie liczyły. Sehun czuł wtedy ogromną gorycz w sercu, bo włożył w to wszystko wiele wysiłku. Czas, który powinien poświecić nauce, był zarezerwowany na tworzeniu nowych tekstów, które i tak, mimo ciężkiej pracy były odrzucane przez pozostałych chłopców. Największy żal miał o to, że ryzykował. Stał między młotem a kowadłem. Z jednej strony rodzice, którzy stanowili wielkie zagrożenie, a z drugiej przyjaciele i spełnianie marzeń. Wszyscy wiemy, co ten chłopak chciał wybrać, jednak to nie było takie proste, sami wiecie...  
- Rozpadało się. - Wyjrzał za okno zaraz po tym, jak jego matka zauważyła osadzające się na szkle krople wody. 
Opierając głowę na szybie, czuł, jak chłód zaistniały na dworze, muska jego czoło. Sehun był chłopakiem, który lubił deszcz. Wtedy cały świat zanurzał się w ciemnościach, pozwalając brunetowi sam na sam trwać we własnej melancholii. Uważał, że deszcz powinien oczyszczać ludzkie dusze tak, jak robi to ze wszystkim innym. Zakurzone liście drzew, brudne dachy domów, zaniedbane przystanki, kioski, bramy i ogrodzenia. Dlaczego one po deszczu stawały się czyste? Dlaczego były jak nowe? Czy z człowiekiem nie mogłoby być tak samo? To chyba nie byłoby takie trudne, prawda? 
- Kurwa, nic nie widzę - przeklnął ojciec Sehuna, zmieniając tempo chodzenia samochodowych wycieraczek. 
- Nie klnij. 
- Ale tak się nie da - zwrócił się do swojej kobiety, nie odrywając wzroku od zatopionej w deszczu ulicy.   
Sehun nie chcąc słuchać kolejnych kłótni rodziców, założył słuchawki i włączył muzykę, która w pewien sposób przynosiła ze sobą spokój i sprawiała, że odrywał się od rzeczywistości. W jego uszach rozpływały się spokojne brzmienia, które napełniały ciało bruneta substancją zwaną przyjemnością. Całkowicie oderwany od otaczającego go świata, trwał w nieświadomości nadchodzącego czarnego początku.
Życie jest tajemnicą. Oddzielny scenariusz, który Bóg starannie wypisał na czystych kartkach, przedstawia zupełnie inną, odrębną dla każdego człowieka historię. Nikt nie wie, co przyniesie czas. Ludzie nie mają pojęcia, co kryje się na kolejnej stronie naszego życia. Nie mając wyboru, nie mogą zdecydować się na kolejny ruch. On przychodzi sam, niepostrzeżenie. 
W jednej sekundzie Sehuna zalała katatonia różnych dźwięków: pisk opon na asfalcie, przerażony krzyk matki, ojciec powtarzający słowa, że jeszcze uda im się uratować... ale wtedy chłopak poczuł silny nacisk, spowodowany czołowym zderzeniem z autem z naprzeciwka. A po tym była już tylko ciemność. Pustka, której nie wypełniał nawet ból. Czarna dziura bez dna, która swoją wielkością pokazywała, że nigdy nie zaznasz ponownie tego, co straciłeś.
Kiedy się obudził i dotarła do niego straszna prawda, nie dopuszczał do siebie myśli, że ludzkie życie tak po prostu można komuś odebrać. Z dnia na dzień, z godziny na godzinę, z sekundy na sekundę. On tylko na chwilę pragnął odłączyć się od rodziców. Właśnie... na chwilę. Nie na całe życie. To odmieniło radykalnie jego sposób postrzegania pewnych rzeczy. Nie uświadomił sobie tego pod wpływem chwili, trwało to dość długo, zanim zrozumiał coś jeszcze. Dzień, kiedy Sohi przyszła do niego ze łzami w oczach, otulona kocem i położyła się na jego kolanach, mówiąc cicho: "Oppa, żyję tylko dla Ciebie", wiele mu wyjaśnił. Przełomowy moment, w którym zdał sobie sprawę, że świat go otaczający składa się tylko z jego osoby i siostry - Sohi. 
- Sehun... - Otworzył nagle oczy, powracając do teraźniejszości. - Wyjdź. - Dobiegł go słaby głos brunetki, która obeszła jego siedzącą sylwetkę, by przejść do łóżka. - Wyjdź z mojego pokoju - rzuciła beznamiętnie, nawet nie zauważając, że ciemne tęczówki brata lśnią od łez.  
Chwilę pozostawał w bezruchu, jednak kolejna, głośniejsza niż poprzednie prośby o wyjście go ocuciła. Nie obdarzając nawet spojrzeniem siostry, podparł się dłońmi o drewnianą podłogę i wstał, od razu udając się w kierunku drzwi. Snuł się mechanicznie, powłócząc ociężale nogami, jakby myśli, w których przed momentem trwał, całkowicie go oczyściły z tych złych, jak i pozytywnych emocji, których raczej ostatnio nie miał okazji przechodzić. 
Głośna melodia rozniosła się w tym samym czasie, gdy przekroczył próg swojego pokoju. Ruszył w stronę aparatu wydającego te irytujące dźwięki, schowanego w kieszeni czarnego płaszczu i nacisnął zieloną słuchawkę. 
- Halo? - Przyłożył telefon do ucha. 
- Co ty taki niemrawy? - Męski głos w słuchawce zaskoczył go. 
- Hyung? Coś się stało?
Przez krótką chwilę zapanowało milczenie, przerywane jedynie cichym śmiechem mężczyzny po drugiej stronie.
- Po prostu chciałem usłyszeć twój głos.
- Nie pieprz głupot - odparł Sehun, zakładając niedbale buty i płaszcz. 
- Sehun-ah.
To słowo wywołało lekkie dreszcze na ciele chudego chłopaka, który zamarł w połowie zapinania guzików. Zorientował się, że wstrzymywał oddech, dopiero, kiedy głos ponownie przemówił:
- Potrzebuję Cię, Sehun-ah, jak nigdy przedtem. Będziesz w stanie coś dla mnie zrobić? - zapytał tak, jakby już znał odpowiedź. - Proszę, potrzebuję Cię - powtórzył ochryple.
- Zawsze mnie potrzebujesz - powiedział z przekąsem. - Czy będzie taki dzień, w którym nie będziesz mnie potrzebował?
Wyszedł na zewnątrz i od razu zalała go fala zimna. Grube płatki spadające z nieba pokryły jego brązowe włosy, które zaraz stały się mokre i przykleiły się do czoła. Stąpając schodek za schodkiem, czekał na jakąś odpowiedź, lecz jego rozmówca najwyraźniej znowu sobie z nim pogrywał. Wyjątkowo dziś działało mu to na nerwy i zwyczajnie chciał się dowiedzieć, w jakiej sprawie dzwoni o tak nieludzkiej porze, ale wtedy przypomnial sobie, że on właśnie taki był. Wzywał go, kiedy tylko mu się to podobało, a Sehun bez zawahania godził się na takie warunki, ale czy miał inne wyjście?
- Nie. - Ledwie słyszalny szept przedostał się prosto do jego wnętrza, wypalając po raz kolejny niewidzialną bliznę, która raniła go bardziej niż by tego pragnął. - Przyjdziesz?
Sehun nie musiał nic mówić, po prostu rozłączył się, biegnąc tak szybko, aż zabrakło mu tchu.

***

W pomieszczeniu panował półmrok, jedyne światło przedostawało się przez częściowo zasłonięte żaluzje, ale chłopak siedzący na podłodze, od dawna był przyzwyczajony do ciemności. Bardziej usłyszał niż zobaczył, szczupłą postać, która powoli wyłaniała się z czerni i szła w jego kierunku. Nie zapalił włącznika, bo wiedział, że oślepiająca jasność tylko by podrażniła jego wzrok. On znał to miejsce tak dobrze, że mógłby nawet poruszać się tutaj z zamkniętymi oczami, więc odnalezienie go, nie sprawiło mu żadnego problemu. Jednak widok, w jakim go zastał, musiał wzbudzić w nim grozę.  
- Sehun-ah - wyszeptał łagodnie. - Przyszedłeś.
- Oczywiście, że przyszedłem. Przecież mnie prosiłeś... Luhan, ty... - Chciał jeszcze coś dodać, ale w ostatniej chwili się powstrzymał.
Sehun stał po przeciwnej stronie pokoju, do jego uszu napływał ciężki oddech chłopaka, który znajdował się tylko kilka kroków od niego. Młodszy wiedział, czego się spodziewać, już kiedy przekroczył próg domu, a w powietrzu unosił się metaliczny zapach krwi.
Powiedzieć, że Luhan był w opłakanym stanie to za mało. Makabryczny chyba było najbardziej odpowiednim określeniem, które pasowało do tej sytuacji. Bezwładnie opierał się o ścianę, ręce bezsilnie opadały po obu stronach tułowia, a ze świeżo pociętych ran sączyła się szkarłatna ciecz, zabarwiając jego ubrania.
- Sehun-ah. - Znowu wypowiedział jego imię w ten czuły sposób, jakby to słowo zdzierało z jego serca warstwy smutku, to, co najbardziej boli.
- Luhan, dlaczego to robisz? Dlaczego chcesz cierpieć w ten sposób?
- Jestem słaby, dlatego to robię - odparł, z trudem unosząc swoją dłoń, by dosięgnąć ciemnowłosego chłopaka. - Ty też jesteś słaby, Sehunnie. Ale to pozwala mi zapomnieć. Zapomnieć, że jestem słaby.
Słabość Luhana polegała na samookaleczaniu, na sprawianiu sobie świadomego bólu, którego nie potrafił wyrazić w żaden inny sposób. Chciał zwrócić na siebie uwagę, starał się pokazać Sehunowi swój ból, aby ten łączył się w nim razem z nim. Aby ten trwał przy nim i dzielił go na ich dwójkę.
- Pomogę ci to przetrwać, Luhan, tylko powiedz mi jak?
- Nikt nie jest w stanie mi pomóc. Kogo ty próbujesz oszukać  - powiedział z ironią w głosie, ale szybko tego pożałował, widząc jak przez twarz młodszego przebiega cień obawy. Bynajmniej tak mu się wydawało. Luhan był bardzo kiepski w odczytywaniu ludzkich emocji, co dopiero ich zrozumieniu i być może właśnie dlatego wszyscy, na których mu zależało, w końcu go opuszczali. Tym razem przysiągł sobie, że do tego nie dopuści, że nie pozwoli odejść Sehunowi z własnej woli, chyba że on sam o tym zdecyduje. To było dość egoistyczne z jego strony, ale przynajmniej chciał mieć złudzenie, że chociaż jedna osoba przy nim zostanie.
- Chcę ci pomóc - nalegał dalej Sehun, klękając przed zmizerniałym ciałem blondyna. - Pozwól mi...
- Nie chce Twojej jebanej pomocy! - syknął, nie patrząc brunetowi w oczy.
Sehun zignorował jad w głosie Luhana, który zapewne nie myślał teraz trzeźwo i ujął w dłonie jego twarz. 
- Więc mam sobie iść?
- Nie - szepnął desperacko Luhan, jakby nagle zdał sobie sprawę z tego, co wcześniej powiedział.
- Czasami zachowujesz się jak kompletny palant.
Sehun poczuł na swoich dłoniach łzy, które wolno spływały po twarzy starszego. Delikatnie podniósł jego głowę do góry i szepnął:
- Jestem tu dla Ciebie, Luhan. Tylko dla Ciebie. Wiesz o tym, prawda?
Blondyn, nie zważając na swoje rany i zmęczenie, przysunął się bliżej chudego chłopaka i wtulił się w jego ramiona, pragnąc zostać tak już na zawsze.
Więcej żadne słowa nie zostały wypowiedziane, Sehun w ciszy pomógł mu się podnieść z niewygodnej pozycji i zaprowadził go do łazienki. Z ust Luhana wydobyło się ciche jęknięcie, kiedy Sehun przysunął jego prawą rękę pod strumień chłodnej wody, która obmyła z jego skóry już zasychającą krew. To samo zrobił z drugą ręką; najdelikatniej jak tylko się dało, przecierał głębokie rany, tak by nie urazić go jeszcze bardziej, ale Luhan już tyle razy okaleczał swoje ciało, że to stało się dla niego nałogiem. Uzależnił się od bólu, który sam sobie zadawał, a co dla Sehuna wydawało się trudne do zaakceptowania to fakt, że Luhan nie uważał, że to, co robi, jest poważnym problem, który jeśli szybko się nie rozwiąże, może zaprowadzić go do autodestrukcji.
- Zostaniesz dziś? - zapytał Luhan, wyrywając rękę spod dotyku Oh.
- A nie chcesz najpierw porozmawiać?
Krótką chwilę mierzyli się spojrzeniami, po czym blondyn bez słowa opuścił łazienkę, a Sehun chcąc nie chcąc, podążył za nim. Po drodze odsłonił zakurzone rolety, wpuszając trochę światła, jakie dawał wyjątkowo dziś zamglony blask księżyca w pełni.
- Czy ja wymagam zbyt wiele? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Wciąż stał odwrócony tyłem do Sehuna i nie mógł zobaczyć jego twarzy, ale za dobrze wiedział, jaka była teraz jego mina.
Mimo że nigdy się do tego nie przyznał, Luhan zdawał sobie sprawę, że trzymał Sehuna przy sobie tak blisko, jak tylko to było możliwe, jedynie dla własnych korzyści. Nie znósłby myśli, że mogłoby się to skończyć tak jak... Szybko wyparł te zniekształcone z czasem wizje w najdalsze zakamarki swojego umysłu. Nie warto rozpamiętywać czegoś, co już dawno powinno zostać pogrzebane, ale to wciąż powracało w jego wspomnienach. 
Przeszłość mieszała się z teraźniejszością, a teraźniejszość była przeszłością. Zdarzały się noce, takie jak dziś, kiedy Luhan przeżywał na nowo zdarzenia, które kiedyś miały miejsce, ale wtedy uświadamiał sobie, że jest całkowicie sam. Samotność go przytłaczała, nienawidził tego uczucia odizolowania od świata, kiedyś przecież uwielbiał spędzać czas w towarzystwie innych ludzi, jednak odkąd sprawy zaczęły się komplikować, wszystko runęło jak domek z kart. Dlatego pod wpływem impulsu zadzwonił do Sehuna, bo tylko on tak naprawdę był w stanie ukoić jego rozkołatane i zranione serce.
Ciepłe dłonie objęły Luhana w pasie, zmuszając go do przerwania rozmyślań, które jeszcze bardziej go przygnębiały.
- Jestem tu, bo tego chcę - wyszeptał miękko Sehun, przyciskając go mocno do siebie, jakby w obawie, że ten może mu się wymknąć.
Blondyn wykręcił się twarzą do przewyższającego go o głowę chłopaka, by spojrzeć prosto w jego cudowne oczy, które postrzegały prawdziwego Luhana, bez żadnych skaz czy blizn, odznaczjących się na zarówno jego ciele, jak i umyśle.
- Mam coś dla ciebie. - Sięgnął do kieszeni powycieranych dżinsowych spodni, by wyciągnąć z nich tajemniczy woreczek. Źrenice Sehuna powiększyły się, kiedy zobaczył jego zawartość. - Właściwie to jest dla ciebie i dla mnie - oświadczył, wykrzywiając usta w czymś w podobie uśmiechu.
Wyjął dwie białe pigułki; pierwszą połkął od razu, wywołując niemy zachwyt na twarzy bruneta. Luhanowi udało się wcześniej załatwić dragi od starego znajomego, zanim urwały mu się wszystkie kontakty z pozostałymi z jego starej paczki. 
- Zostań ze mną, a dam ci to, czego najbardziej potrzebujesz - powiedział i położył tabletkę na języku, czekając na reakcję ciemnowłosego, która nadeszła zaraz po tym, jak poczuł jego miękkie usta na swoich, a ich języki połączyły się w płomiennym tańcu.
Sehun dla odrobiny szczęścia zamkniętego w małej pigułce był w stanie zrobić wszystko.

poniedziałek, 5 maja 2014

"Błąd"


Autor: Mambo
Bohaterowie: Oh Sehun, Kim Jongin, Kim Jongmi (wymyślona postać, siostra Jongina)
Paring: SeKai
Typ: Oneshot, angst
Pierwszy z moich oneshotów. Zapraszam do czytania.
_____
Chłodny morski wiatr muskał różowe policzki chłopaka. Jego oczy przepełniała pustka. Twarz, z której nie można było wyczytać ani jednego uczucia, które głęboko tliło się w jego sercu. Tęsknota. W jaki sposób można ją po sobie poznać? Płacz – określa smutek, spojrzenie bez wyrazu, wydaje nam się być po prostu zwykłą bezinteresownością, a uśmiech? Uśmiech jest oznaką szczęścia, chyba że jest on nieszczery. Ten człowiek często pokazywał światu właśnie ten nieszczery uśmiech. Nie chciał po sobie poznać, co czuje nawet teraz w trakcie samotnego spaceru wzdłuż morza. Jego zewnętrzny obraz był pusty, jednak wnętrze paliło się od konfliktu, który powstał przez napływające uczucia do jego serca. Smutek, cierpienie, tęsknota czy to wszystko? Ból – był jego największym przeciwnikiem. Nie starał się go zwalczyć. Miał nadzieję, że on wkrótce zniknie. Ból. Trzy literowe słowo, które opisuje tysiące innych. Takie małe, niepozorne, a jednak w tej swojej niepozorności jest po prostu straszne.
Chłopak. Nie! Mężczyzna przystanął i nabrał powietrza do swoich ust. Głośno je wypuścił. 
– Co teraz? – Powiedział pod nosem i schował swoją twarz dokładnie pod kołnierzem czarnego płaszczu. Kolejny głęboki wdech. Kucnął, kiedy oddalił się kawałek od powstających ma morzu fal, które wkraczały na tafle piasku. Jedną ręką bawił się leżącymi, wilgotnymi kamyczkami. – Co teraz ? – Powtórzył, przymykając delikatnie powieki, by zaginąć w krainie wspomnień, utonąć w przeszłości.

On kroczył drogami wyznaczonymi przez niego. Był niczym jego cień, podążał za nim wszędzie. Robił to, bo chciał być z nim. Chciał, aby było tak jak kiedyś. Nie dopuszczał do siebie myśli, że nadejdzie moment, kiedy to wszystko ulegnie końcowi. Nie dopuszczał do siebie utraty tego, co było dla niego najważniejsze.
Dzieciństwo. Okres szczęścia, radości, miłości i przyjaźni. Czas, kiedy wszystko wydaje się beztroskie i łatwe do rozumienia. Czas, za którym każdy z nas tęskni. Czas dzieciństwa, to czas, którego nikt się nie wstydzi. To wtedy już zrozumiał, że nie może go stracić, że on jest jego. Tylko jego.

12.04.2009 roku
Sehunie,

Dziś masz swoje szesnaste urodziny. Na wstępnie chciałem Ci życzyć zdrowia, szczęścia, radości i oczywiście dużo miłości. Podsumowując, wszystkiego najlepszego, przyjacielu!
Właściwie, to i tak będę Ci dziś życzył tego wszystko ponownie. Jest już wpół do pierwszej, a jesteśmy umówieni na trzecią. Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Jestem szczęśliwy każdego razu, kiedy Cię spotykam. Jesteś moim najdroższym przyjacielem, Sehunie.
Przyjacielem, właśnie... Chciałbym Ci coś powiedzieć, ale się boję. Teraz kiedy to piszę, nawet nie masz pojęcia, jak strasznie moje ręce się trzęsą, a głos drży, bo dokładnie dobieram każde słowo, które chce tu do Ciebie napisać.
Jak powinienem zacząć? Co Ci najpierw chce powiedzieć? Czy powinienem to mówić? A jak to wszystko zniszczy? Co wtedy zrobię? Nie poradzę sobie, wiem o tym. Nie dam rady bez kogoś, kto stanowi podporę dla mojego beznadziejnego życia. Chce przejść do sedna, ale nie wiem w jak. Hę… zauważyłem, że z nadmiaru strachu zagryzam dolną wargę. Mam nawet Twoje nawyki, Sehunie.
Głęboki wdech i wydech. Powinienem kończyć i tak już zająłem Ci wystarczająco czasu.

Sehun, proszę przeczytaj to uważnie.

Do tej pory nie jestem Ci w stanie tego powiedzieć prosto w oczy, więc piszę. Wspomnienia, które mieszkają w mojej głowie są związane tylko i wyłącznie z Tobą. Nie myśl teraz, że spowodowane jest to moim pobytem w sierocińcu, a ty byłeś tam moim jedynym najlepszym przyjacielem. Nie! Nie jest tak. Sehunie, nie umiem, naprawdę nie potrafię powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczysz. Może to, co piszę, wydaje się jakimś głupim żartem, ale nie jest. Chce byś był przy mnie, trwał razem ze mną. Chce żebyś przechodził wspólnie przy mnie ciężkie chwile. Nie kłamię, wiesz że brzydzę się kłamstwem.
Sehunie, w dniu Twoich szesnastych urodzin oznajmiam Ci, że Cię kocham.
Kocham Cię!
 Jongin.

- Jesteś w samą porę. - Blondyn podniósł się z murka, który stwarzał przeszkodę dla wody z fontanny, żeby ta nie mogła ona wypłynąć na marmurowy chodnik, który zazwyczaj był oblężony gołębiami.
Spotkali się na placu głównym w ich mieście. Stali pośrodku niego, obok wspomnianej już wcześniej fontanny. Otaczały ich zabytkowe budynki, głównie w stylu romańskim. Miejscami postawione były doniczki z kwiatkami, duże - w kształcie prostokątów i małe - kwadratowe. Jako iż wiosna nadchodziła wielkimi krokami, kwitły w nich kwiaty o najróżniejszych odmianach. Drzewa, które jesienią zrzuciły swoją tęczową koronę, teraz barwiły się w odcienie zielonego. Wiosna - czas ożywienia.
- Jestem. - Na twarzy bruneta pojawił się szeroki uśmiech, jednak w środku cały drżał ze strachu, a zarazem z podniecenia. Stał tak, aby chłopak mu towarzyszący nie zobaczył torby, w której znajdowała się dla ukryta niego zawartość.
- Co tam chowasz? - Sehun wesoło klasnął w dłonie i obiegł Jongina, który zrobił to samo wokół własnej osi. - No pokaż! To dla mnie? - Nie przestawał się uśmiechać.
Brunet mimowolnie robił to samo, uśmiech blondyna działał na niego uzależniająco.
- Dla mnie? - Niższy z chłopców skinął głową. - No pokaż. Nie bądź taki. - Blondyn próbował wyrwać torebkę, kiedy Jongin wyjął ją zza pleców, jednak brunet odskoczył w odpowiedniej chwili. - Wiesz co...
- Sehun. - Powiedział spokojnie i stanął na wprost wysokiego blondyna. - Bo ja... EJ! - Krzyknął, gdy blondyn wyrwał prezent. - Oddaj to! - Warknął zdenerwowany.
Ludzie, którzy przemieszczali się obok nich, właśnie zerknęli znacząco w ich stronę.
- Przymknij się! - Powiedział przez śmiech Sehun. - Co tu mamy, hmm? - Językiem dotykał podniebienia, przez co z jego ust zaczęły wydobywać się charakterystyczne dźwięki.
- Sehun! Oddaj to! - Warknął Jongin. 
Był wściekły. Przed wyjściem ułożył  dokładny plan co i kiedy ma zrobić, a ten pełen energii chłopak wszystko zniszczył. Znał go wiele lat i dobrze mógł się po nim tego spodziewać, no ale... Przecież dla Jongina, był to dzień kulminacyjny! Dzień, w którym wszystko nabierze innego obrotu spraw. Dzień w którym nadejdzie nowy, niezwykły początek, bądź koniec, straszny, pełny bólu koniec, którego brunet nawet nie dopuszczał do swoich myśli.
- Album BoA, serio Jonginie? - Spojrzał pytająco w jego stronę.
- Mówiłeś, że go chcesz... - Nerwowo pocierał włosy ręką.
- No tak, ale był za drogi... - Sehun zmarszczył lekko czoło.
Nie wymagał nie wiadomo jak drogiego prezentu od bruneta. Liczył bardziej na coś skromnego, co będzie mu przypominać o przyjacielu.
- Spokojnie, kupiłem go na promocji. - Powiedział jak najbardziej poważnie brunet. Chciał uspokoić Sehuna, mino że było to kłamstwem.
Tak naprawdę bardzo długi czas zbierał pieniądze na ten prezent. Od momentu, kiedy Sehun przyszedł do niego podniecony w dniu jego wydania aż do wczoraj. Prezent kupił dziś, pożyczając brakującą część pieniądzy od jednej ze swoich noon z domu dziecka.
- Jeśli tak, to dziękuję. - Sehun rzucił się na szyję Jonginowi. Przez ciało bruneta przeszły przyjemne dreszcze. Przełknął głośno ślinę i odsunął blondyna od siebie.
- Sehun. - Zaczął. Jego ręce drżały. Starał się oddychać głęboko. - Chce Ci coś powiedzieć. - Mówił patrząc prosto w oczy przyjacielowi.  Ten wyprostował się nagle, słysząc poważny ton chłopaka. - Znaczy nie powiedzieć, ale dać. - Wymusił uśmiech.
- Co? - Blondyn jęknął cicho. Wyglądał teraz na równie zdenerwowanego. Wygląd i postawa Jongina w tej chwili go do tego zmuszała.
Brunet odsunął do bioder swoją kurtkę i sięgnął ręką do jej wnętrza, by wyjąć z kieszeni w środku białą kopertę z wcześniej zapisaną na kartce zawartością. Czuł, jak jego nogi się uginają, serce biło coraz mocniej. Przez chwile nie mógł złapać oddechu. Sehun dokładnie obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch chłopaka. Starał się nie okazywać żadnych uczuć, nie miał pojęcia, co Jongin ma zamiar zrobić. Był spokojny.
- Wszystko w porządku? - Zapytał, a ten jęknął tylko ciche "tak".
- Nie wiem, czy powinienem, ale... - Zawahał się, kiedy biała koperta ujrzała światło dzienne. - Sehun. - Zagryzł wargę. - Proszę... - Przymknął powieki. - Przeczytaj to jak będziesz już w domu. - Nabrał do płuc ogromną ilość powietrza i podał kopertę chłopakowi. Wypuścił je, chowając twarz w dłonie i przecierając ją przy tym.
- Jongin, co to? - Zapytał spokojnie blondyn, widząc zdenerwowanego i rozkojarzonego bruneta. - Co? - Zaczął powoli dobierać się do wnętrza rzeczy, którą trzymał teraz w dłoniach.
- Nie! - Jongin krzyknął, co ponownie przykuło uwagę przechodniów. - W domu, proszę... - Mówił cicho.


Trzy miesiące później.
Koniec. Wszystko dobiegło końcu tego wielkiego dnia. Kontakt dwójki przyjaciół urwał się. Sehun, który wcześniej każdego poranka, kiedy tylko zobaczył Jongina w szkole rzucał mu się na szyję i wypytywał go o przeróżne wydarzenia, które prawdopodobnie mogły mieć miejsce poprzedniego dnia, teraz omijał go szerokim łukiem. Można nabrać wrażenia, że patrzy on z obrazą i obrzydzeniem na swojego, już byłego - najlepszego przyjaciela.
Wszyscy zauważyli zmianę w jego zachowaniu. Od dzieciaków z klasy do jego przybranych rodziców. Jak pewnie niewiele z was wie, Sehun był tym, któremu udało się opuścić dom dziecka. Znalazła się rodzina, która chciała go wychować. Jongin zaś pewnie wydostanie się stamtąd po ukończeniu pełnoletności, bądź już w tym roku, jak jego siostra go zabierze, ale nie o tym teraz mowa.
Żal czy obrzydzenie? Jego spojrzenie w kierunku Jongina było przepełnione czymś w rodzaju strachu i tęsknoty. Ten dopiero szesnastoletni dzieciak dowiedział się, że ktoś, na kim zależało mu w życiu najbardziej, jest zakochany właśnie w nim. To smutne. Sehun go kochał, ale nie w taki sposób. Przynajmniej wydalało mu się, że uczucie, którym darzy Jongina, nie jest czymś w rodzaju prawdziwiej miłości. Jongin był dla niego oparciem, ostatnią deską ratunku, był dla niego jak starszy brat, przyjaciel, ale na pewno nie chłopak, w którym może się zakochać. Na pewno? A co jeśli nie dopuszczał do siebie tej myśli?


Po zakończonym spotkaniu z Jonginem od razu udał się do swojego domu. Pierwszą rzeczą, którą tam zrobił było właśnie przeczytanie zawartości koperty. Na początku się uśmiechał, potem nawet zaśmiał, później zrobiło się poważnie. Jego twarz przybrała kamienny wyraz, który i tak nie powstrzymał spływających po policzkach łez.
- Czy to jakiś żart? Czy on do jasnej cholery sobie ze mnie żartuje? - Uderzył pięścią o blat biurka. - To niemożliwe. - Cały czas ocierał spływające łzy.
Był to dla niego szok. Nie wiedział, co myśleć. Obraz Jongina, który z powagą i ze strachem w oczach wręcza mu tą kopertę, coraz bardziej utwierdzał go w przekonaniu, że to, co przeczytał, było prawą. Nie chciał tego, nie mógł w uwierzyć. Czy to koniec? Ich przyjaźń dobiegła końcu? 
- Halo? - Cichy głos starszego przez słuchawkę telefonu, spowodował dreszcze na jego plecach. Słyszał jak brunet przełyka głośno ślinę, co budziło w nim jeszcze większe uczucie strachu.
- Jongin, ty... - Mówił drżącym głosem. Jego twarz była cała czerwona i mokra od łez. - Jongin, ty idioto! - Wrzasnął. Odpowiedziała mu głucha cisza. - To żart, prawda?  Żartujesz sobie ze mnie? - Wstał z krzesła i nerwowo zaczął krążyć po pokoju, odruchowo kopnął framugę łóżka.
- Sehun... - Zaczął wolno brunet. - Ja... - Chwila zawahania. Głęboki wdech i wydech, który było słychać w słuchawce blondyna. - Sehun...
- Jongin, proszę... - Młodszy oparł się o ścianę.
- Przepraszam. - Jęknął, ale na tyle wyraźnie, by blondyn usłyszał. Jego głos zaczął drżeć podobnie jak blondyna, krew buzowała w żyłach obojga. - Przepraszam przyjacielu. - Nic. Po tym nie było już nic. Głucha cisza, która powstała po naciśnięciu czerwonej słuchawki przez bruneta. Sehun obsunął się po ścianie w kolorze brudnej bieli i zaczął łkać niczym małe dziecko, któremu odebrano coś cennego. On też coś właśnie stracił, stracił najlepszego przyjaciela.

Cztery lata później.
Ubrany w granatową koszulę i ciemne dżinsy z telefonem przy uchu szedł chodnikiem wzdłuż dość zakorkowanej o tej porze ulicy. Wyglądał naprawdę przystojnie. Koszula uciskała się na jego torsie, a spodnie podkreślały to, co powinny podkreślać. Jego włosy były dłuższe, ale nie przesadnie. Grzywka opadająca na czoło dodawała mu tajemniczości, a okulary na nosie sprawiały, że przyciągał on uwagę wszystkich przechodzących obok niego kobiet. Zatrzymał się przy jednej z kawiarni, chowając telefon do torby. Otworzył drzwi frontowe i wszedł do pomieszczenia.
- Witam, co podać? - Usłyszał głos kobiety - kelnerki, kiedy podeszła ona do zajętego przez mężczyznę stolika.
- Duże latte. - Poinformował, wysyłając kobiecie zabójczo piękny uśmiech. Odwzajemniła go i skinęła głową.
Czekając na zamówienie, bawił się serwetką, którą wcześniej wyjął z czarnego pojemniczka, który był wyznaczonym dla niej miejscem.
- Sehun? - Usłyszał znajomy damski głos. Odwrócił się. Jego oczom ukazała się parę lat starsza, nie za wysoka brunetka. Nic się nie zmieniła. Ten sam uśmiech, który wysyłała teraz w kierunku chłopaka, to samo spojrzenie, wszystko przypominało mu jej brata - Kim Jongina. - Co ty tu robisz? - Zapytała i schyliła się na wysokość twarzy chłopaka, by ucałować jego policzek. - Jak się trzymasz, co u ciebie? Opowiadaj! - Była wesoła, jak zawsze.
- Trzymam się. - Powiedział z uśmiechem.
- I tyle? Nie widzieliśmy się kupę lat, a ty mówisz mi tylko, że się trzymasz? - Popatrzyła na niego spod tak zwanego byka, musiało to wyglądać dość śmiesznie, bo blondyn się zaśmiał. - Właśnie Sehunie, zmieniłeś image. - Zaśmiała się i klasnęła raz, dostanie w dłonie. - Ja wszystko zauważę. No, no ta koszula...
- Tak, noona. - Usiadł wygodniej na krześle. - Każdy potrzebuje zmiany, a poza tym...- Przerwał, kiedy kelnerka przyniosła wcześniej zamówioną przez niego kawę i dwie inne. - Zamawiałaś już? - Bardziej zdziwił go fakt, że brunetka dostała kawę, nie składając zamówienia przy stoliku, niż to, że przyniesiono jej aż dwie.
- No tak, przy kasie. - Wytłumaczyła i wzięła do ręki jedną z filiżanek. - Mmmm uwielbiam karmelową latte. - Zachwycała się. To tak jak Jongin. - Zauważył w myślach Sehun.
- Noona, ale wypijesz aż dwie? - Zapytał zaskoczony, na co Jongmi  pokręciła głową.
- Zaraz przyjdzie ten bachor. - Jej oczy powędrowały w kierunku wejściowych drzwi. - O, już jest! - Oznajmiła, kiedy w pomieszczeniu pojawił się wysoki brunet. - Jongin! Tutaj! - Prawie, że krzyknęła i zaczęła wołać go charakterystycznym ruchem ręki. Sehun pozostał w bezruchu. Ciężko przełknął ślinę i nerwowo wyprostował się. Słychać było, jak jego oddech stał się płytszy.
- Noona! - Powiedział entuzjastycznie brunet, kiedy pojawił się przy stoliku zajętym przez pozostałą dwójkę. - Witam. - Ukłonił się w kierunku blondyna, który nadal pozostawał odwrócony do niego plecami. - Witam. - Ponowił znacznie głośniej. Chłopak zadrżał.
Ile to czasu minęło, kiedy ostatni raz słyszał jego głos? Obojętność, którą przez te lata stosował w kierunku swojego byłego przyjaciela, teraz tak po prostu odpłynęła? Pustka, którą przez te wszystkie lata starał się wypełnić, nagle się odnowiła?
"Stra­cić ko­goś kocha­nego, to zmienić swo­je życie na zaw­sze. Nie przeżyjesz te­go, bo "to" jest osobą, którą kochasz. Ból przemija, spotykasz no­wych ludzi, ale pus­tka nig­dy się nie wy­pełnia. Jakżeby mogła? Śmierć nie osłabia wyjątkowości kogoś, kto znaczył aż ty­le, by go opłakiwać. "
- Witam. - Starał bez uczuciowo powiedzieć Sehun w trakcie odwracania się do bruneta. Jongin, na którego twarzy widniał przed chwilą jeszcze przepiękny, szczery uśmiech, teraz stał nad blondynem z lekko rozchylonymi ustami i oczami wielkości orzecha włoskiego. Jego ciało przejęły silne dreszcze. Uczucie, które mocno oplotło żelaznymi dłońmi duszę i serce, sprawiając, iż we wszystkich myślach pojawiał się ukochany. Przed starszym siedziała idealnie wyrzeźbiona sylwetka, którą zasłaniały obcisłe ubrania, Kim Jongina coś poruszyło; niczym czar rzucony na umysł, który powodował, iż człowiek mądry stawał się obłąkany.
- Sehun? - Brzmiało to bardziej jak pytanie niż pewność, że jego pierwsza miłość jest z nim w jednym pomieszczeniu, że siedzi zaraz przy nim. Spojrzał znacząco w stronę swojej siostry - Jongmi. Brunetka ruchem głowy przekazała mu, żeby usiadł. Zrobił to. Szedł wolno do krzesła. Nerwowo zagryzał dolną wargę i pocierał jedną ręką drugą.
W kawiarni trwała cisza. Mimo że inni ludzie, zajmujący stoliki wokół nich rozmawiali i śmiali się z wypowiedzianych przez siebie słów, oni i tak nie słyszeli nic. Wzrok Jongina skierowany był w stronę jego czarnych adidasów, Sehun patrzył w pustą przestrzeń przed siebie. Powstało napięcie, które budowało się w ich głowach.
- Długo się nie widzieliście. - Zauważyła noona Jongina. Nie otrzymała ona zadniej odpowiedzi od dwójki dorosłych już mężczyzn. - Ej, co wy tak... - Kontynuowała i szturchnęła ramię bruneta, który spojrzał na nią spod wachlarzu rzęs, wzruszając ramionami. 
Jongin nie był typem chłopaka, który lubił i chciał zwierzać się ze swoich problemów i poczynań. Jego siostra była zupełnie nieświadoma zaistniałej sytuacji sprzed czterech lat, która nadal nie odeszła ze wspomnień Sehuna i brata Jongmi. 
- Zostawić was? - Bardziej stwierdziła niż zapytała. Wstała od stołu i ruszyła w kierunku wyjścia. 
Nadal siedzieli bez najcichszego pisknięcia. Panowała napięta atmosfera, nic nie zapowiadało, że zostanie w końcu przerwana. Sehun kątem oka zerkał w stronę bruneta. Napajał się jego widokiem. Przez cztery lata żyli w separacji. Bez siebie. W czarnej dziurze bez najmniejszej iskierki nadziei. Czas, który z minuty na minute budował to coraz mocniejsze uczucie. Czy Sehun, który w przeszłości odrzucił Jongina, teraz uświadamia sobie, jak bardzo brakowało mu go przez te lata? Czy do tego blond włosowego mężczyzny dociera własnie fakt, że osoba siedząca naprzeciw niego jest tą, którą kocha? Czy tak jest? Przez ten czas bez Jongina uświadomił sobie, jak bardzo tęsknił, jak bardzo kochał...
- Co u Ciebie? - Odważył przerwać ciszę Sehun. Jongin, jak gdyby nigdy nic, wręcz niewidzialnie wzruszył ramionami. Blondyn westchnął i nerwowo potarł tył głowy. - Stać Cię tylko na tyle? - Starał powiedzieć spokojnie, jednak zabrzmiało to trochę zbyt dostanie.
- Co? - Jęknął brunet. 
- Zapytałem czy...
- Słyszałem. - Przerwał, przenosząc wzrok znad butów do oczu Sehuna. - Żyje, przecież widzisz. - Palcem wskazującym tworzył kółka na czarnym blacie stolika. - Żyje... - Ponowił ciszej. Wyraz jego twarzy zmienił się gwałtownie. Z zaskoczonego i zestresowanego, który powstał na widok blondyna, teraz był smutny i pusty. Zrobił się blady.
- Coś się stało? - Sehun ponownie zapytał, a Jongin pokręcił głową. 
- Żyję. - Jego nieszczęście, kryło się pod uśmiechem, który wysyłał właśnie w stronę mężczyzny naprzeciwko. 
- O czym Ty mówisz? - Zdziwił się blondyn. 
- Mówię o życiu. O które walczą wszyscy, o którym wszyscy marzą, które wszyscy mają choć przez ułamek sekundy. To życie. Te dobre i złe momenty, wspomnienia. Walka o przetrwanie. Walka o miłość. - Przerwał. Jego spojrzenie powędrowało prosto w ciemne oczy blondyna. Sehun nie odwrócił wzroku, również patrzył się w oczy bruneta, widział jak jego źrenice się rozszerzają, bał się czegoś, młodszy to wiedział. - To właśnie jest życie, Sehunie. Życie. - Upił łyk kawy. 
Sehun wyprostował się znacznie i upił łyk przyniesionej przed momentem przez kelnerkę latte. Nie wiedział, jak ma na to zareagować. Czy Jongin chce mu coś przekazać? W jego sercu budowało się napięcie, którego nie mógł zwalczyć. Patrząc na smutnego bruneta, miał ochotę podejść do niego i mocno objąć ramionami, ale czy mógł? Powinien? 
Jongin wstał. Sehun dokładnie podążał za nim wzrokiem. 
- Chodź. - Zwrócił się w jego kierunku brunet. - Opowiem Ci wszystko.

Rok później. 
14.01.2014 roku.
Jonginie,

Dziś są Twoje dwudzieste pierwsze urodziny. Wszystkiego najlepszego! Mam nadzieje, że się trzymasz.
Niestety nie mogę odwiedzić Cię osobiście. Przepraszam, mam nadzieję, że mi wybaczysz. Muszę zająć się sprawami firmy, które doprowadzają mnie o zawrót głowy.
Tęsknie. Chce Cię zobaczyć jak najszybciej, więc gdy nadarzy się nawet najmniejsza okazja wyrwania z tego "cholerstwa", przylecę do Ciebie.

Trzymasz się, prawda? Dajesz radę. Nie poddajesz się! Nie muszę o to pytać, bo łatwo stwierdzić, że chcesz żyć dalej. Masz po co. 
Jonginie, najdroższy. Błagam Cię z całego serca, wyjdź z tego! Zrób to dla mnie. Zrób to dla tego, który był skończonym idiotą, kiedy Cię odrzucił. Nie każ mnie za to i z całego serca błagam, wyjdź z tego! Pamiętaj, że nie przechodzisz przez to sam, ja wraz z Jongmi jesteśmy przy Tobie!
Dasz radę! Wierzę w Ciebie, to co tkwi w Twoim środku, nie jest na tyle silne, aby Cię zniszczyć. Nie!

Na zawszę Twój Sehun.
Kocham Cię!

PS. Mam nadzieję, że Jongim ucałuje Cię ode mnie tak mocno, jak ją o to prosiłem. Tęsknie.

Dwa miesiące później.
- Jest Ci tam lepiej? - Jego sylwetka była wyprostowana, a ręce złożone na wysokości pasa. - Jest dobrze? - Zaszklone oczy, z których niezauważalnie zaczęły płynąć łzy. - Mówiłeś, że dasz radę! Pamiętasz, idioto?! - Krzyknął blond włosy. - Mówiłeś, że dasz radę! - Bezwładnie opadł na kolana i schował twarz w dłoniach. Płakał.
Dzień, w którym się spotkali, miał być dniem nowego początku. Chwila, kiedy ich malinowe usta złączyły się w długim namiętnym i pełnym tęsknoty pocałunku, miała zapoczątkować coś zupełnie nowego w ich życiu. Od tamtej chwili marzyli o długich, upojnych nocach ze sobą. O dłuższych, romantycznie spędzonych dniach. O każdej godzinie, minucie, sekundzie spędzonej tylko w cztery oczy. 
Sehun nie wstając z kolan, otarł łzy. 
- Obiecywałeś, idioto. - Przypomniał lichym głosem. Klękając, przybliżał się do grafitowego nagrobku. Przecierał czarne spodnie na kolanach, które odebrały od trawy trochę zielonego odcieniu. Kiedy w końcu był bliżej swojej miłości, położył ręce na chłodnej klapie, która blokowała mu bezpośredni dostęp do ciała ukochanego. Przez taflę łez patrzył w stronę wygrawerowanego napisu:
"Ku pamięci Kim Jongin
1993-2013 rok."
- Idiota! - Przeklinał samego siebie. - Bezwartościowy dupek! - Łzy spływały na pokrywę grobu.
Ból rozrywał jego serce. Właśnie - ból. Pamiętacie to niepozorne słowo z początku? Ono właśnie w tej chwili zaczęło działać najmocniej jak mogło. Niezauważalnie, ale z efektem. - Żałosny egoista, który nie rozróżnia tego, co czuje. - Jego płacz unosił się wraz z echem. - Idiota...Wybacz mi Jongin, błagam. Wybacz mi. - Zakończył przymykając powieki. - Kiedyś znów będziemy razem, obiecuje... 

środa, 23 kwietnia 2014

Thieves of Souls: Final




ZE SPECJALNĄ DEDYKACJĄ DLA MAMBO OD PEDO ♥

W sumie to nie miało być yaoi, bo kiedyś pisałam pewne opowiadanie fantasy Złodzieje Dusz, którego nigdy nie skończyłam (a to był tylko epilog.... taaa miałam zakończenie, a resztę szlag wziął XD) i pomyślałam, że mogłoby być dobre na one shot... Sami oceńcie XD Styl jest prosty, ale może nie najgorszy.... whatever XD Powstało dawno dawno temu, kiedy dopiero zaczynałam moją przygodę z pisaniem, więc bądźcie wyrozumiali XDDDDDD


***

Autor: pedonoona
Tytuł: Thieves of Souls: Final
Paring: SeKai
Gatunek: angst, fantasy
Typ: One shot
Opis:
Istnieje takie coś jak bezgraniczne poświęcenie, ktoś kto jest gotów oddać za ciebie życie kosztem własnego. Ktoś kto nie boi się do końca walczyć o twoją duszę, by nareszcie mogła być wolna...


***


Oślepiający blask ranił moje oczy, ale z każdą chwilą stawał się coraz mniej bolesny. Powoli zaczynałem się do niego przyzwyczajać, do jego białej poświaty, która dawała mi ukojenie. Czułem się bezpieczny, jakbym nagle znalazł się w miejscu, w którym właśnie powinienem być. Jakby to był mój mały azyl, moje schronienie.
Przechadzałem się jasnym korytarzem, wokół była tylko biel i to dające spokój światło. Nie bałem się, szedłem na przód pewnym krokiem. Po obu stronach znajdowały się drzwi, które ciągnęły sie przede mną tak daleko, aż w końcu nikły w tunelu. Mogłem otworzyć każde, jakie tylko chciałam, ale jakoś wiedziałem, że nie tych drzwi szukam. Może to przeczucie albo co, ale wiedziałem to. Wiedziałem też, że musze iść dalej, odszukać te, które były moje. Przez które miałem przejść.
Po kilku godzinach wędrówki, które zdawało się, jakby nie upływały, zauważyłem postać, stojącą mniej więcej parę kroków ode mnie. To był mężczyna, poznałem po posturze, po jego krótkich włosach. Mimo, że był blisko, nie widziałem dokładnie twarzy, nie wiedziałem, kim jest, ale przeczuwałem, że jest dobry, że mogę mu zaufać. Ruszyłem w jego stronę, a on wyciągnął do mnie swoją dłoń.
- Chodź ze mną - powiedział czułym głosem.
Moje serce zadrżało. Teraz już miałem pewność. Zobaczyłem jego oczy, które zalśniły na mój widok. Te same oczy, które przez ostatnie dni tak bardzo zmieniły całe moje życie. Te same, które mnie pragnęły, a ja pragnąłem ich. Uśmiechał się, w ten sam sposób co zawsze, a jednak wyczułem w tym pewną troskę, niepewność. Wyglądał inaczej, był szczęśliwy. Szczęśliwy, że mógł mnie spotkać. Tak jak ja jego. Bez namysłu rzuciałem się w jego ramiona, a on przytulił mnie mocno do siebie.
- Sehun - wyszeptałem przez łzy.
Był inny, zmienił się, choć i tak kochałem go ponad wszystko. I nadal go kocham. Czarne spodnie zastąpiły śnieżnobiałe, i miał też koszulę, choć nigdy jej nie nosił. Nie mogłem się nacieszyć, że tu jest, że mnie tuli. Pragnąłem, by nigdy nie wypuścił mnie ze swych objęć.
- Jesteś.
- Jestem przy tobie - odpowiedział, całując mnie w czubek głowy.
Spojrzałem na niego, nadal nie dochodziło do mnie to, że po prostu jest. Jest prawdziwy. Taki namacalny.
- Myślałem, że cię straciłem.
Uśmiechnął się szerzej.
- Pocałuj mnie.
Nie zastanawiałem się, tylko to zrobiłem. Nasze wargi przylgnęły do siebie w akcie tęsknoty i desperackiej potrzebie bliskości. Cała moja obawa, strach, że już nigdy więcej go nie ujrzę, wszystko to zniknęło. Byliśmy tylko my i to się liczyło. Uczepiłem się jego szyi, by być jak najbliżej niego. On złapał mnie w talii, podciągając do góry, a ja objąłem go nogami w pasie. Uderzyliśmy o ściankę, pochłonięci namiętnoscią, której oddaliśmy się bez wahania.
- Takiego Sehuna to ja pamiętam - zamruczałem między pocałunkami.
Oderwał się ode mnie, by móc spojrzeć mi w oczy.
- I takiego mnie zapamiętaj - szepnął z uśmiechem, jednocześnie wracając do naszego poprzedniego zajęcia. Nie wiedziałem, co dokładnie miał na myśli, jednak teraz nie chciałem zawracać sobie tym głowy. Jedyne czego pragnąłem to to, by ta chwila uniesienia nigdy się nie skończyła.
Całował mnie wygłodniale, dziko, jakby nie było mu dość, jakby miał się nie nasycić. Jego ręce błądziły po moim ciele, powodując znane mi przyjemne dreszcze. Powróciły wspomnienia z naszej krótkiej, burzliwej znajomości. Może nie zaczęła się najlepiej, ale czy to ważne? Wszystkie te chwile spędzone razem, każdy dotyk, każde spojrzenie, każdy pocałunek uświadomiły mi, że to właśnie on jest moją jedyną miłością. Prawdziwą. Już na wieki.
Kiedyś w końcu musieliśmy przestać, by zaczerpnąć powietrza. Moje stopy wylądowały na twardej powierzchni, ale ani na centymetr nie pozwoliłem mu się odsunąć. Chciałem go zatrzymać, tyle ile się da. Jego ciało tuż przy moim, bijące od niego ciepło, niczego więcej nie potrzebowałem.
- Sehun?
- Tak, duszyczko? - W oczach prawie miałem łzy, że jeszcze mnie tak nazywa. Tylko on mówił do mnie "duszyczko", tylko on wypowiadał to w taki sposób, jakbym był całym jego światem i nic poza mną nie istniało. Nie sądziłem, że poczuję taką radość, słysząc to słowo.
Otarł się twarzą o mój policzek. Jego oddech łaskotał moją skórę, sprawił, że jeszcze bardziej zapragnąłem jego bliskości.
- Co to za miejsce? - spytałem. Bałem się, że tym pytaniem zniszczę tą piękną chwilę, ale on wydawał się być nieporuszony, że nagle zmieniłem temat.
- Musimy iść - odparł, łapiąc mnie za rękę. Nasze palce splotły się, idealnie do siebie pasowały. Sehun uniósł je i przyglądał się im, jakby chciał zachować ten obraz w pamięci.
Nagle ogarnęły mnie wątpliwości, nie wiadomo skąd przyszły. Nie potrafiłem tylko zlokalizować ich przyczyny.
- Chodź - powiedział naglącym głosem. Pociągnął mnie lekko, wciąż trzymając blisko siebie.
- Gdzie?
- Zaufaj mi. - Musnął wargami moje usta, i zaufałem mu. Dałem się poprowadzić korytarzem, coraz głębiej i głębiej. Nie puszczał mojej ręki, co jakiś czas spoglądał na mnie z ukosa, uśmiechając się z troską.
Przystanął. Na ogół można powiedzieć, że to zwykłe, normalne drzwi. Ale ja to poczułem. Poczułem, jak mnie wołają, bym otworzył je i przez nie wszedł. Wzywały moje imię, i już chwytałem za klamkę, ale się rozmyśliłem. Zerknąłem na Sehuna, wyraz jego twarzy się nie zmienił, wciął miał promienny uśmiech. Wtuliłem się w niego, bo nie chciałem się z nim rozstawać.
- Nie możemy tutaj zostać? Tak mi dobrze tu z tobą - wyszeptałem. Objąłem go mocniej.
Ujął moją twarz w dłonie.
- Musisz wracać.
- Kiedy ja nie chcę.
Zbliżył twarz do mojej i pocałował mnie. Tym razem nie smakował tak jak zawsze. To był ostatni pocałunek. Pożegnalny.
Zacząłem szybciej oddychać. 
- Sehun, co się dzieje?
- Musisz wracać - powtórzył.
Zaniepokoiłem się na te słowa, bo powiedział je już dwukrotnie. To coś oznaczało, ale jeszcze nie pojmowałem, co.
- A ty?
Rzucił okiem na drzwi, a potem na mnie. Obdarzył mnie najpiękniejszym uśmiechem jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałem.
- Idę zaraz po tobie.
- Na pewno?
- Tak. - Znów mnie pocałował. - Nie zapomnij o mnie - szepnął w moje usta.
- Nie zapomnę. Sehun, o co chodzi? - Coraz bardziej stawałem się nerwowy.
Położył dłoń na mojej bliźnie, która biegła wzdłuż klatki piersiowej i zamknął oczy. Jego ciepły dotyk działał na mnie uspakajająco, odprężyłem się, ale wciąż nawiedzały mnie dziwne myśli. On nie chce mi czegoś powiedzieć. Coś przede mną ukrywa.
Drzwi były coraz bliżej, jakby same do mnie przychodziły. Nie, nie teraz, błagałem w myślach. Zdążyłem jeszcze złożyć pocałunek na jego ustach, kiedy wrota otworzyły się i zaczęły mnie wciągać.
- Sehun! - wykrzusiłem. - Sehun, chodź ze mną.
Popatrzył na mnie, wciąż sie uśmiechając. Przyłożył dłoń do swojego serca, a ja, jakby odruchowo do swojego. Działo się z nim coś, czego nie potrafiłem wytłumaczyć. Obijało się o moją klatkę w szaleńczym rytmie. Po policzkach połynęły mi łzy rozpaczy. Jeśli teraz się rozdzielimy, możemy się już więcej nie odnaleźć, a tego bym nie przeżył.
- Kocham cię.
Jego słowa sprawiły, że zacząłem płakać, ale zagryzłem wargę. Nie chciałem, żeby właśnie takiego widział mnie po raz ostatni. Boże, nie dopuść do tego. To wcale nie musi być pożegnanie. To wcale nie musi tak być. Wciąż żywiłem nadzieję, że nie opuszczam go już ostatecznie, ale z każdą minutą to stawało się coraz trudniejsze. Oddalał się ode mnie, a ja nie mogłem go już dosięgnąć.
- Sehun! Sehun! - Powtarzałem jego imię bez końca, ale on mnie nie słyszał. Ledwo mogłem dostrzec jego sylwetkę, która była teraz tylko maleńkim białym punktem na tle otaczającej mnie czerni.
Dryfowałem w ciemności, pochłaniającej mnie. Dokąd tak w ogóle zmierzam? Czy tak wygląda śmierć? Umarłem? Ale Sehun był taki prawdziwy, to niemożliwe, żeby to wszystko było złudzeniem.
I wtedy pojawiło się światło. Odczułem ulgę, myśląc, że to znowu Sehun, ale tym razem nie widziałem go. Jedynie jego głos poniósł się echem po nieskończonej przestrzeni.
- Wracaj do życia.

***

Zamrugałem kilkakrotnie. Nie byłem pewny, czy to był sen, czy jakaś halucynacja, ale z pewnością się wydarzyło. Rozejrzałem się, bo nie wiedziałem, gdzie się znajduję. To, co zobaczyłem, przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Au, boli. Starałem się podnieść, jednak moje wysiłki poszły na marne. Ledwo mogłem unieść rękę. Czułem przytłaczający ból w klatce piersiowej i zawroty głowy. Przymknąłem powieki, krzywiąc się przy tym, co również spowodowało kolejne pulsowanie w skroni. Mało tego, coś koło mojego ucha pipczało, przez co miałem ochotę oderwać sobie głowę. 
Postanowiłem jednak otworzyć oczy i rozeznać się w sytuacji. Leżałem, bo na pewno leżałem w jakimś łóżku. Po wystroju otoczenia poznałem, że to szpital. Tylko co ja tu robię? W szpitalu? Jak się tu znalazłem?
Wziąłem głęboki wdech, ale znów to dziwne ukłucie. Starałem sie skoncentrować na uśmierzeniu jego intensywności, i po chwili mi się prawie udało. Zapatrzyłem się w sufit, jednak zaraz z tego zrezygnowałem. Lubiłem patrzeć na niego, ale w nocy, kiedy przewijały się przez niego różne cienie. Teraz było jasno, więc pewnie był dzień.
Przekręciłem lekko głowę w bok. Zamarłem. W fotelu siedziała moja śpiąca rodzicielka, a koło niej też ojciec.
- Mamo? - odezwałem sie ochrypłym głosem.
Poruszyła się, jakby jeszcze nie do końca świadoma, że ktoś ją wołał. Przetarła rozespane oczy, zwracając spojrzenie na moje łóżko. W sekundę zerwała się na równe nogi i już nade mną wisiała.
- Synku - powiedziała z ulgą w głosie. - Jak to dobrze, że sie obudziłeś. - Wyciągnęła rękę z lekkim wahaniem, ale po chwili pogłaskała mnie po policzku. - Tak się baliśmy o ciebie.
Wyglądała na zmęczoną. Ciekawe ile godzin tutaj czekała, aż się ocknę. Miała więcej zmarszczek niż zwykle, a na brązowych włosach pokazały się oznaki starzenia. Pojedyncze siwe pasma były zauważalne. Piwne oczy nie miały już tego blasku co kiedyś. Zastąpił je inny, który sprawił, że miałem ochotę ją uściskać. To była troska. Martwiła się o mnie, bo byłem jej synkiem. Co prawda ostatnio trochę narozrabiałem, ale rodzice kochają swoje dzieci mimo wszystko. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- Mamo, dlaczego jestem w szpitalu? - To nie dawało mi spokoju. Skąd się tu wziąłem? Jedyne co pamiętam, to wielkie czarne monstrum, które się nade mną pastwiło... I Sehuna. Na wzmiankę o nim moje serce wykonało dziwny obrót w piersi. - Gdzie jest Sehun? - spytałem spanikowany.
Kobieta zmarszczyła brwi.
- Jaki Sehun? Kochanie, nic nie pamiętasz? Za ten wyskok do Jeongmok-ri powinieneś dostać dożywotni szlaban, ale w zaistniałych okolicznościach chyba puścimy to mimo uszu. - Dotknęła mojej dłoni. - Suho nam wszystko wyjaśnił.
- Suho? - Szerzej otworzyłem oczy.
- Tak, Boże, Jongin, tak się cieszę, że nic ci nie jest. To były najgorsze dni w naszym życiu. Kiedy zniknąłeś, nikt nie wiedział, gdzie cię szukać. Domyśliłam się, że jesteś z przyjaciółmi, ale nie mogliśmy ustalić, gdzie dokładnie. Dopiero Suho do nas zadzwonił wczoraj i opowiedział, co się wydarzyło. To po prostu nie mieści się w głowie, żeby na świecie żyli tacy bezduszni ludzie. - Zrobiła zmartwioną minę. - Powiedział nam, jak was przetrzymywali i... - Głos jej się złamał.
O czym ona do diabła mówi? Chciałem coś powiedzieć, ale byłem w takim szoku, że z moich ust nie wyszły żadne słowa.
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - powiedziała po chwili, chyba na widok mojej zdezorientowanej twarzy.
- Przetrzymywali nas... - powtórzyłem, jakbym starał sobie coś przypomnieć, choć dobrze wiedziałem, co się wydarzyło. Nikt nas nie przetrzymywał, ale przecież nie powiem jej, że polowali na nas Złodzieje Dusz. W bajkę o przestępcach najpewniej uwierzy niż o jakichś pradawnych stworach zamieszkujących zdziczałe, niezamieszkałe góry. W sumie lepiej dla niej, że nie ma o niczym pojęcia.
Mama usiadła na krześle obok mojego łóżka, wciąż ściskając moją rękę. Przyglądała mi się i uśmiechała przez łzy.
- Co jeszcze mówił Suho? - zapytałem, gdy nie zamierzała mi nic więcej wyjaśniać.
- Powinieneś odpocząć. To nie jest odpowiedni moment na taką rozmowę.
- Muszę wiedzieć, mamo. Muszę się z tym zmierzyć, inaczej nigdy nie będę w stanie normalnie funkcjonować. Co on mówił o tym przetrzymywaniu? - Chciałem poznać wersję zmyśloną przez przyjeciela... Czyli on przeżył! Dotarło do mnie dopiero teraz.
Zawahała się, ale chyba zrozumiała, że prędziej czy później musiało to nastąpić.
- Dobrze - odezwała się w końcu. - Według Suho do waszego domku, w którym się zatrzymaliście, wtargnęli jacyś psychopaci, którzy grozili wam, że was zabiją. Naprawdę, nie każ mi tego opowiadać. - Pokręciła nerwowo głową.
- Mamo - nalegałem.
Zacisnęła ręce na kolanach.
- Podobno dwóch mężczyzn, miejscowi chyba to byli, usłyszeli wasze krzyki i postanowili to sprawdzić. Chwała Bogu, że byli myśliwymi, i mieli ze sobą broń. Rozprawli się z tamtymi zbirami i uratowali was, bo byłoby źle.
Hm, to tak jakby trochę naciągane. Ale kilka faktów się zgadza. Tymi zbirami byli Złodzieje, a uratowali nas Sehun i Luhan. Suho musiał się nieźle nagłowić, by wymyślić coś takiego.
Nagle dostałem olśnienia.
- Jak to nas uratowali? Wszystkich? - Zaczęłem szybciej oddychać. Mama się zerwała, bo rozległo się szybkie pit pit, które jak się okazało, dochodziło z urządzenia monitorująecgo pracę serca i tym podobne. Spojrzałem w tamtym kierunku a później w dół, na moją klatkę. Była owinięta w bandaże, w rękach miałem jakieś rurki nie rurki. Co do diaska? - Mamo, co to znaczy? - spytałem, wskazując na opatrunki.
- Kochanie. - Poklepała mnie po dłoni. - To był dla ciebie szok. Widziałeś jak tamci... przestępcy znęcali się nad twoimi przyjaciółmi. Boże, nie wyobrażam sobie przez co przeszedłeś. Ale po tym zajściu byłeś w tak opłakanym stanie... - urwała. Jej oczy napełniły się łzami. - Twoje serce nie wytrzymało - wyszeptała.
Ścisnąłem palcami prześcieradło na łóżku.
- Jak to nie wytrzymało?
- Po prostu... Ale już jest wszystko dobrze. Znalazł się dawca i teraz masz nowe. - Zmusiła się do uśmiechu.
- Dawca? - Ledwo mogłem oddychać. Mam w sobie czyjeś serce? Jakiegoś obcego człowieka?
- Tak, kochanie.
Rozległo się ciche pukanie. Mama wstała i skierowała się do drzwi, po drodze budząc tatę, który twardo chrapał. Nawet gdyby rozpętała się wojna, strzelano by z czołgów, to on i tak by spał jak niemowlę. Ale moja matka znała sposoby, by wybudzić go z najbardziej głębokiego snu. Pociągnęła go za rękę, a ojciec szybko się otrząsnął, choć dalej nie wiedział, co się dzieje. Zerknął tylko na mnie, marszcząc czoło, zanim został wręcz wypchnięty z pomieszczenia.
- Przyjdziemy później. Teraz ktoś jeszcze chce z tobą porozmawiać - rzuciła i już ich nie było.
Zastanawiałem się o kogo chodziło, bo do pokoju wkroczył chyba jakiś mężczyna... Wskaźnik pit pit podskoczył. Szedł w moja stronę, ale nie widziałem jego twarzy, bo zasłonił ją bukietem kwiatów. Gdy był już przy moim łóżku, wręczył mi prezent.
Poczułem lekkie rozczarowanie, że tym gościem nie był Sehun, tylko Luhan. Chociaż bardzo go lubiłem to jednak...
- Jak się czujesz? - zapytał, siadając koło mnie.
- Nie najlepiej. - Postanowiłem nie kłamać. Z nim zawsze mogłem być szczery, czułem się dobrze w jego towarzystwie. To tyle.
- I nie wyglądasz za dobrze - próbował zażartować.
- Tak - westchnąłem.
Luhan zmieżwił mi lekko włosy, ale ja gotowałem się ze zdenerwowania. Chciałem się jak najszybciej dowiedzieć, co z jego bratem. Dlaczego mnie nie odwiedził. Czyba nic mu się nie stało...?
- Co z Sehunem? - wypaliłem. Spojrzałem na niego, w jego duże oczy. Było w nich coś dziwnego, co zaniepokoiło mnie.
Położył dłoń na mojej i uścisnął ją. O. Boże. Nie.
- Gdzie jest Sehun? - Spanikowałem. Brakowało mi powietrza, zacząłem mieć zimne dreszcze. Coś się stało. Coś złego.
- Sehun jest... - zaczął, wskazując palcem na moje serce. - Tutaj.
Powędrowałem tam wzrokiem, a potem na jego twarz, na której malowało się współczucie.
- Co? - wysapałem po minucie. Nie byłem w stanie dobrać słów, by opisać to, co właśnie czułem. Rozpacz. Tęskontę. Ból. Cierpienie. Stratę...
- On w pewnym sensie... nadal jest z tobą.
- Mówisz, jakby umrał - zamilkłem. Nie... Nie dopuszczałem do siebie tej myśli. - Niemożliwe... On nie mógł... - Wargi zaczęły mi drżeć. Patrzyłem na niego ze smutkiem w oczach. - Powiedz, że się mylę - wyszeptałem.
Przytulił mnie mocniej, a ja od razu zacząłem głośno szlochać. W tej jednej chwili straciłem cały sens istnienia.
- Kiedyś poprosił mnie, gdyby coś się wydarzyło... bym zrobił coś dla niego - odezwał się Luhan. - I dotrzymałem obietnicy.
- Jakiej obietnicy? - spytałem głucho, nadal zalewając się łzami.
- Wiedział, jak to się skończy. Doskonale o tym wiedział - mruknął niby do siebie. Pogłaskał mnie po głowie. - Hej, duszyczko, nie płacz, bo i mi się udzieli.
Momentalnie otrzeźwiałem. Oderwałem się od niego, bo nie wiedziałem, czy się przesłyszałem.
- Co powiedziałeś? - zreflektowałem się. - Jak mnie nazwałeś?
Uśmiechął się przyjaźnie.
- Duszyczko, dość tych łez. - Wytarł mój policzek. Przez chwilę przyglądał mi się, nic nie mówiąc. Tym razem żadne krople już nie poleciały z moich oczu. Wpatrywałem się w niego w niedowierzaniu.
- Co mu obiecałeś?
Westchnął.
- Obiecałem, że będziesz żyć. Nieważne za jaką cenę...
Złapałem się za głowę.
- Co on narobił... - Nie zważając na ból, odsunąłem się od niego i z trudem zszedłem z łóżka, zanim zdążył mnie zatrzymać. Kolana się pode mną ugięły i upadłem na podłogę. Nie zamierzałem się już podnosić. Chciałem tu zostać. 
Zimne kafelki były dla mnie wybawieniem od ogarniającej mnie pustki, jaką czułem. Wielkiej czarnej pustki, gdzie nie ma już Sehuna. Sehuna, którego niedawno zdążyłem pokochać, a już go utraciłem. Już nie zobaczę jego aroganckiego uśmieszku, nie poczuję jego dotyku na swojej skórze, nie zasmakuję jego pocałunków na swoich ustach... A przede wszystkim nie ujrzę tych magnetycznych oczu, które pożądały mnie każdego dnia bardziej i bardziej.
Luhan uklął przy mnie, próbował zmusić mnie, żebym ruszył się z miejsca, ale ja już na nic nie zwracałem uwagi. Odepchnąłem go, gdy wyciągnął do mnie pomocną dłoń, nie chciałem, by ktoś mi pomagał. Już nic nie było w stanie skleić mojego pękniętego serca... Połowy już nie miałem. Odeszła razem z Sehunem. Boże! To nawet nie jest moje serce! Więc dlaczego wciąż czuję, jakby nic się nie zmieniło? Jakby to nowe również go kochało...
Położyłem się, bo mój mózg prawie ekslodował od myśli, które się przez niego przetaczały.
- Co on zrobił? - zapytałem Luhana. Ten już nie wiedział, co robić. Pewnie nie spodziewał się, że tak zareaguję, ale jak miałbym inaczej?
- Wstań - poprosił cicho. Dotknął mojego ramienia. - Nie powineneś leżeć na podłodze.
- Dlaczego on to zrobił? - wrzasnąłem. Już nie wytrzymałem.
Luhan usiadł przy mnie, ale zaraz potem się położył, jak ja. Leżeliśmy tak razem w milczeniu, bo żadne słowa nie mogły oddać tego, co się stało.
- Masz jego serce - wyznał. - To on był dawcą.
Przechyliłem głowę, by spojrzeć na Luhana. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie to, co powiedział. Ale potem przyłożyłem dłoń do piersi.
- On nie chciałby cię widzieć w takim stanie - szepnął, patrząc mi w oczy. - Ja też nie chcę.
Przytuliłem się do niego, ignorując porworny ból w klatce. Nie był spowodowany raną po operacji. Ten był gorszy, rozdzierał mnie od środka, bo straciłem kogoś więcej niż tylko ledwo poznanego chłopaka. Straciłem wszystko.
Tylko jedna zbłąkana łza odważyła się ulecieć. Spłynęła po policzku aż zniknęła w ośrodku mojej agonii.
- Tak bardzo cię kochał. Tak bardzo, że aż to go zabiło. - Objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. - Nie wahał się, po prostu to zrobił.
Dla mnie. Zrobił to dla nnie. Nie powinienem być zaskoczony, bo ja postąpiłbym dokładnie tak samo. 
A teraz zawsze będę miał go w sercu, które jest także jego.
Już na wieki.