środa, 23 kwietnia 2014

Thieves of Souls: Final




ZE SPECJALNĄ DEDYKACJĄ DLA MAMBO OD PEDO ♥

W sumie to nie miało być yaoi, bo kiedyś pisałam pewne opowiadanie fantasy Złodzieje Dusz, którego nigdy nie skończyłam (a to był tylko epilog.... taaa miałam zakończenie, a resztę szlag wziął XD) i pomyślałam, że mogłoby być dobre na one shot... Sami oceńcie XD Styl jest prosty, ale może nie najgorszy.... whatever XD Powstało dawno dawno temu, kiedy dopiero zaczynałam moją przygodę z pisaniem, więc bądźcie wyrozumiali XDDDDDD


***

Autor: pedonoona
Tytuł: Thieves of Souls: Final
Paring: SeKai
Gatunek: angst, fantasy
Typ: One shot
Opis:
Istnieje takie coś jak bezgraniczne poświęcenie, ktoś kto jest gotów oddać za ciebie życie kosztem własnego. Ktoś kto nie boi się do końca walczyć o twoją duszę, by nareszcie mogła być wolna...


***


Oślepiający blask ranił moje oczy, ale z każdą chwilą stawał się coraz mniej bolesny. Powoli zaczynałem się do niego przyzwyczajać, do jego białej poświaty, która dawała mi ukojenie. Czułem się bezpieczny, jakbym nagle znalazł się w miejscu, w którym właśnie powinienem być. Jakby to był mój mały azyl, moje schronienie.
Przechadzałem się jasnym korytarzem, wokół była tylko biel i to dające spokój światło. Nie bałem się, szedłem na przód pewnym krokiem. Po obu stronach znajdowały się drzwi, które ciągnęły sie przede mną tak daleko, aż w końcu nikły w tunelu. Mogłem otworzyć każde, jakie tylko chciałam, ale jakoś wiedziałem, że nie tych drzwi szukam. Może to przeczucie albo co, ale wiedziałem to. Wiedziałem też, że musze iść dalej, odszukać te, które były moje. Przez które miałem przejść.
Po kilku godzinach wędrówki, które zdawało się, jakby nie upływały, zauważyłem postać, stojącą mniej więcej parę kroków ode mnie. To był mężczyna, poznałem po posturze, po jego krótkich włosach. Mimo, że był blisko, nie widziałem dokładnie twarzy, nie wiedziałem, kim jest, ale przeczuwałem, że jest dobry, że mogę mu zaufać. Ruszyłem w jego stronę, a on wyciągnął do mnie swoją dłoń.
- Chodź ze mną - powiedział czułym głosem.
Moje serce zadrżało. Teraz już miałem pewność. Zobaczyłem jego oczy, które zalśniły na mój widok. Te same oczy, które przez ostatnie dni tak bardzo zmieniły całe moje życie. Te same, które mnie pragnęły, a ja pragnąłem ich. Uśmiechał się, w ten sam sposób co zawsze, a jednak wyczułem w tym pewną troskę, niepewność. Wyglądał inaczej, był szczęśliwy. Szczęśliwy, że mógł mnie spotkać. Tak jak ja jego. Bez namysłu rzuciałem się w jego ramiona, a on przytulił mnie mocno do siebie.
- Sehun - wyszeptałem przez łzy.
Był inny, zmienił się, choć i tak kochałem go ponad wszystko. I nadal go kocham. Czarne spodnie zastąpiły śnieżnobiałe, i miał też koszulę, choć nigdy jej nie nosił. Nie mogłem się nacieszyć, że tu jest, że mnie tuli. Pragnąłem, by nigdy nie wypuścił mnie ze swych objęć.
- Jesteś.
- Jestem przy tobie - odpowiedział, całując mnie w czubek głowy.
Spojrzałem na niego, nadal nie dochodziło do mnie to, że po prostu jest. Jest prawdziwy. Taki namacalny.
- Myślałem, że cię straciłem.
Uśmiechnął się szerzej.
- Pocałuj mnie.
Nie zastanawiałem się, tylko to zrobiłem. Nasze wargi przylgnęły do siebie w akcie tęsknoty i desperackiej potrzebie bliskości. Cała moja obawa, strach, że już nigdy więcej go nie ujrzę, wszystko to zniknęło. Byliśmy tylko my i to się liczyło. Uczepiłem się jego szyi, by być jak najbliżej niego. On złapał mnie w talii, podciągając do góry, a ja objąłem go nogami w pasie. Uderzyliśmy o ściankę, pochłonięci namiętnoscią, której oddaliśmy się bez wahania.
- Takiego Sehuna to ja pamiętam - zamruczałem między pocałunkami.
Oderwał się ode mnie, by móc spojrzeć mi w oczy.
- I takiego mnie zapamiętaj - szepnął z uśmiechem, jednocześnie wracając do naszego poprzedniego zajęcia. Nie wiedziałem, co dokładnie miał na myśli, jednak teraz nie chciałem zawracać sobie tym głowy. Jedyne czego pragnąłem to to, by ta chwila uniesienia nigdy się nie skończyła.
Całował mnie wygłodniale, dziko, jakby nie było mu dość, jakby miał się nie nasycić. Jego ręce błądziły po moim ciele, powodując znane mi przyjemne dreszcze. Powróciły wspomnienia z naszej krótkiej, burzliwej znajomości. Może nie zaczęła się najlepiej, ale czy to ważne? Wszystkie te chwile spędzone razem, każdy dotyk, każde spojrzenie, każdy pocałunek uświadomiły mi, że to właśnie on jest moją jedyną miłością. Prawdziwą. Już na wieki.
Kiedyś w końcu musieliśmy przestać, by zaczerpnąć powietrza. Moje stopy wylądowały na twardej powierzchni, ale ani na centymetr nie pozwoliłem mu się odsunąć. Chciałem go zatrzymać, tyle ile się da. Jego ciało tuż przy moim, bijące od niego ciepło, niczego więcej nie potrzebowałem.
- Sehun?
- Tak, duszyczko? - W oczach prawie miałem łzy, że jeszcze mnie tak nazywa. Tylko on mówił do mnie "duszyczko", tylko on wypowiadał to w taki sposób, jakbym był całym jego światem i nic poza mną nie istniało. Nie sądziłem, że poczuję taką radość, słysząc to słowo.
Otarł się twarzą o mój policzek. Jego oddech łaskotał moją skórę, sprawił, że jeszcze bardziej zapragnąłem jego bliskości.
- Co to za miejsce? - spytałem. Bałem się, że tym pytaniem zniszczę tą piękną chwilę, ale on wydawał się być nieporuszony, że nagle zmieniłem temat.
- Musimy iść - odparł, łapiąc mnie za rękę. Nasze palce splotły się, idealnie do siebie pasowały. Sehun uniósł je i przyglądał się im, jakby chciał zachować ten obraz w pamięci.
Nagle ogarnęły mnie wątpliwości, nie wiadomo skąd przyszły. Nie potrafiłem tylko zlokalizować ich przyczyny.
- Chodź - powiedział naglącym głosem. Pociągnął mnie lekko, wciąż trzymając blisko siebie.
- Gdzie?
- Zaufaj mi. - Musnął wargami moje usta, i zaufałem mu. Dałem się poprowadzić korytarzem, coraz głębiej i głębiej. Nie puszczał mojej ręki, co jakiś czas spoglądał na mnie z ukosa, uśmiechając się z troską.
Przystanął. Na ogół można powiedzieć, że to zwykłe, normalne drzwi. Ale ja to poczułem. Poczułem, jak mnie wołają, bym otworzył je i przez nie wszedł. Wzywały moje imię, i już chwytałem za klamkę, ale się rozmyśliłem. Zerknąłem na Sehuna, wyraz jego twarzy się nie zmienił, wciął miał promienny uśmiech. Wtuliłem się w niego, bo nie chciałem się z nim rozstawać.
- Nie możemy tutaj zostać? Tak mi dobrze tu z tobą - wyszeptałem. Objąłem go mocniej.
Ujął moją twarz w dłonie.
- Musisz wracać.
- Kiedy ja nie chcę.
Zbliżył twarz do mojej i pocałował mnie. Tym razem nie smakował tak jak zawsze. To był ostatni pocałunek. Pożegnalny.
Zacząłem szybciej oddychać. 
- Sehun, co się dzieje?
- Musisz wracać - powtórzył.
Zaniepokoiłem się na te słowa, bo powiedział je już dwukrotnie. To coś oznaczało, ale jeszcze nie pojmowałem, co.
- A ty?
Rzucił okiem na drzwi, a potem na mnie. Obdarzył mnie najpiękniejszym uśmiechem jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałem.
- Idę zaraz po tobie.
- Na pewno?
- Tak. - Znów mnie pocałował. - Nie zapomnij o mnie - szepnął w moje usta.
- Nie zapomnę. Sehun, o co chodzi? - Coraz bardziej stawałem się nerwowy.
Położył dłoń na mojej bliźnie, która biegła wzdłuż klatki piersiowej i zamknął oczy. Jego ciepły dotyk działał na mnie uspakajająco, odprężyłem się, ale wciąż nawiedzały mnie dziwne myśli. On nie chce mi czegoś powiedzieć. Coś przede mną ukrywa.
Drzwi były coraz bliżej, jakby same do mnie przychodziły. Nie, nie teraz, błagałem w myślach. Zdążyłem jeszcze złożyć pocałunek na jego ustach, kiedy wrota otworzyły się i zaczęły mnie wciągać.
- Sehun! - wykrzusiłem. - Sehun, chodź ze mną.
Popatrzył na mnie, wciąż sie uśmiechając. Przyłożył dłoń do swojego serca, a ja, jakby odruchowo do swojego. Działo się z nim coś, czego nie potrafiłem wytłumaczyć. Obijało się o moją klatkę w szaleńczym rytmie. Po policzkach połynęły mi łzy rozpaczy. Jeśli teraz się rozdzielimy, możemy się już więcej nie odnaleźć, a tego bym nie przeżył.
- Kocham cię.
Jego słowa sprawiły, że zacząłem płakać, ale zagryzłem wargę. Nie chciałem, żeby właśnie takiego widział mnie po raz ostatni. Boże, nie dopuść do tego. To wcale nie musi być pożegnanie. To wcale nie musi tak być. Wciąż żywiłem nadzieję, że nie opuszczam go już ostatecznie, ale z każdą minutą to stawało się coraz trudniejsze. Oddalał się ode mnie, a ja nie mogłem go już dosięgnąć.
- Sehun! Sehun! - Powtarzałem jego imię bez końca, ale on mnie nie słyszał. Ledwo mogłem dostrzec jego sylwetkę, która była teraz tylko maleńkim białym punktem na tle otaczającej mnie czerni.
Dryfowałem w ciemności, pochłaniającej mnie. Dokąd tak w ogóle zmierzam? Czy tak wygląda śmierć? Umarłem? Ale Sehun był taki prawdziwy, to niemożliwe, żeby to wszystko było złudzeniem.
I wtedy pojawiło się światło. Odczułem ulgę, myśląc, że to znowu Sehun, ale tym razem nie widziałem go. Jedynie jego głos poniósł się echem po nieskończonej przestrzeni.
- Wracaj do życia.

***

Zamrugałem kilkakrotnie. Nie byłem pewny, czy to był sen, czy jakaś halucynacja, ale z pewnością się wydarzyło. Rozejrzałem się, bo nie wiedziałem, gdzie się znajduję. To, co zobaczyłem, przyprawiło mnie o szybsze bicie serca. Au, boli. Starałem się podnieść, jednak moje wysiłki poszły na marne. Ledwo mogłem unieść rękę. Czułem przytłaczający ból w klatce piersiowej i zawroty głowy. Przymknąłem powieki, krzywiąc się przy tym, co również spowodowało kolejne pulsowanie w skroni. Mało tego, coś koło mojego ucha pipczało, przez co miałem ochotę oderwać sobie głowę. 
Postanowiłem jednak otworzyć oczy i rozeznać się w sytuacji. Leżałem, bo na pewno leżałem w jakimś łóżku. Po wystroju otoczenia poznałem, że to szpital. Tylko co ja tu robię? W szpitalu? Jak się tu znalazłem?
Wziąłem głęboki wdech, ale znów to dziwne ukłucie. Starałem sie skoncentrować na uśmierzeniu jego intensywności, i po chwili mi się prawie udało. Zapatrzyłem się w sufit, jednak zaraz z tego zrezygnowałem. Lubiłem patrzeć na niego, ale w nocy, kiedy przewijały się przez niego różne cienie. Teraz było jasno, więc pewnie był dzień.
Przekręciłem lekko głowę w bok. Zamarłem. W fotelu siedziała moja śpiąca rodzicielka, a koło niej też ojciec.
- Mamo? - odezwałem sie ochrypłym głosem.
Poruszyła się, jakby jeszcze nie do końca świadoma, że ktoś ją wołał. Przetarła rozespane oczy, zwracając spojrzenie na moje łóżko. W sekundę zerwała się na równe nogi i już nade mną wisiała.
- Synku - powiedziała z ulgą w głosie. - Jak to dobrze, że sie obudziłeś. - Wyciągnęła rękę z lekkim wahaniem, ale po chwili pogłaskała mnie po policzku. - Tak się baliśmy o ciebie.
Wyglądała na zmęczoną. Ciekawe ile godzin tutaj czekała, aż się ocknę. Miała więcej zmarszczek niż zwykle, a na brązowych włosach pokazały się oznaki starzenia. Pojedyncze siwe pasma były zauważalne. Piwne oczy nie miały już tego blasku co kiedyś. Zastąpił je inny, który sprawił, że miałem ochotę ją uściskać. To była troska. Martwiła się o mnie, bo byłem jej synkiem. Co prawda ostatnio trochę narozrabiałem, ale rodzice kochają swoje dzieci mimo wszystko. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- Mamo, dlaczego jestem w szpitalu? - To nie dawało mi spokoju. Skąd się tu wziąłem? Jedyne co pamiętam, to wielkie czarne monstrum, które się nade mną pastwiło... I Sehuna. Na wzmiankę o nim moje serce wykonało dziwny obrót w piersi. - Gdzie jest Sehun? - spytałem spanikowany.
Kobieta zmarszczyła brwi.
- Jaki Sehun? Kochanie, nic nie pamiętasz? Za ten wyskok do Jeongmok-ri powinieneś dostać dożywotni szlaban, ale w zaistniałych okolicznościach chyba puścimy to mimo uszu. - Dotknęła mojej dłoni. - Suho nam wszystko wyjaśnił.
- Suho? - Szerzej otworzyłem oczy.
- Tak, Boże, Jongin, tak się cieszę, że nic ci nie jest. To były najgorsze dni w naszym życiu. Kiedy zniknąłeś, nikt nie wiedział, gdzie cię szukać. Domyśliłam się, że jesteś z przyjaciółmi, ale nie mogliśmy ustalić, gdzie dokładnie. Dopiero Suho do nas zadzwonił wczoraj i opowiedział, co się wydarzyło. To po prostu nie mieści się w głowie, żeby na świecie żyli tacy bezduszni ludzie. - Zrobiła zmartwioną minę. - Powiedział nam, jak was przetrzymywali i... - Głos jej się złamał.
O czym ona do diabła mówi? Chciałem coś powiedzieć, ale byłem w takim szoku, że z moich ust nie wyszły żadne słowa.
- Najważniejsze, że nic ci nie jest - powiedziała po chwili, chyba na widok mojej zdezorientowanej twarzy.
- Przetrzymywali nas... - powtórzyłem, jakbym starał sobie coś przypomnieć, choć dobrze wiedziałem, co się wydarzyło. Nikt nas nie przetrzymywał, ale przecież nie powiem jej, że polowali na nas Złodzieje Dusz. W bajkę o przestępcach najpewniej uwierzy niż o jakichś pradawnych stworach zamieszkujących zdziczałe, niezamieszkałe góry. W sumie lepiej dla niej, że nie ma o niczym pojęcia.
Mama usiadła na krześle obok mojego łóżka, wciąż ściskając moją rękę. Przyglądała mi się i uśmiechała przez łzy.
- Co jeszcze mówił Suho? - zapytałem, gdy nie zamierzała mi nic więcej wyjaśniać.
- Powinieneś odpocząć. To nie jest odpowiedni moment na taką rozmowę.
- Muszę wiedzieć, mamo. Muszę się z tym zmierzyć, inaczej nigdy nie będę w stanie normalnie funkcjonować. Co on mówił o tym przetrzymywaniu? - Chciałem poznać wersję zmyśloną przez przyjeciela... Czyli on przeżył! Dotarło do mnie dopiero teraz.
Zawahała się, ale chyba zrozumiała, że prędziej czy później musiało to nastąpić.
- Dobrze - odezwała się w końcu. - Według Suho do waszego domku, w którym się zatrzymaliście, wtargnęli jacyś psychopaci, którzy grozili wam, że was zabiją. Naprawdę, nie każ mi tego opowiadać. - Pokręciła nerwowo głową.
- Mamo - nalegałem.
Zacisnęła ręce na kolanach.
- Podobno dwóch mężczyzn, miejscowi chyba to byli, usłyszeli wasze krzyki i postanowili to sprawdzić. Chwała Bogu, że byli myśliwymi, i mieli ze sobą broń. Rozprawli się z tamtymi zbirami i uratowali was, bo byłoby źle.
Hm, to tak jakby trochę naciągane. Ale kilka faktów się zgadza. Tymi zbirami byli Złodzieje, a uratowali nas Sehun i Luhan. Suho musiał się nieźle nagłowić, by wymyślić coś takiego.
Nagle dostałem olśnienia.
- Jak to nas uratowali? Wszystkich? - Zaczęłem szybciej oddychać. Mama się zerwała, bo rozległo się szybkie pit pit, które jak się okazało, dochodziło z urządzenia monitorująecgo pracę serca i tym podobne. Spojrzałem w tamtym kierunku a później w dół, na moją klatkę. Była owinięta w bandaże, w rękach miałem jakieś rurki nie rurki. Co do diaska? - Mamo, co to znaczy? - spytałem, wskazując na opatrunki.
- Kochanie. - Poklepała mnie po dłoni. - To był dla ciebie szok. Widziałeś jak tamci... przestępcy znęcali się nad twoimi przyjaciółmi. Boże, nie wyobrażam sobie przez co przeszedłeś. Ale po tym zajściu byłeś w tak opłakanym stanie... - urwała. Jej oczy napełniły się łzami. - Twoje serce nie wytrzymało - wyszeptała.
Ścisnąłem palcami prześcieradło na łóżku.
- Jak to nie wytrzymało?
- Po prostu... Ale już jest wszystko dobrze. Znalazł się dawca i teraz masz nowe. - Zmusiła się do uśmiechu.
- Dawca? - Ledwo mogłem oddychać. Mam w sobie czyjeś serce? Jakiegoś obcego człowieka?
- Tak, kochanie.
Rozległo się ciche pukanie. Mama wstała i skierowała się do drzwi, po drodze budząc tatę, który twardo chrapał. Nawet gdyby rozpętała się wojna, strzelano by z czołgów, to on i tak by spał jak niemowlę. Ale moja matka znała sposoby, by wybudzić go z najbardziej głębokiego snu. Pociągnęła go za rękę, a ojciec szybko się otrząsnął, choć dalej nie wiedział, co się dzieje. Zerknął tylko na mnie, marszcząc czoło, zanim został wręcz wypchnięty z pomieszczenia.
- Przyjdziemy później. Teraz ktoś jeszcze chce z tobą porozmawiać - rzuciła i już ich nie było.
Zastanawiałem się o kogo chodziło, bo do pokoju wkroczył chyba jakiś mężczyna... Wskaźnik pit pit podskoczył. Szedł w moja stronę, ale nie widziałem jego twarzy, bo zasłonił ją bukietem kwiatów. Gdy był już przy moim łóżku, wręczył mi prezent.
Poczułem lekkie rozczarowanie, że tym gościem nie był Sehun, tylko Luhan. Chociaż bardzo go lubiłem to jednak...
- Jak się czujesz? - zapytał, siadając koło mnie.
- Nie najlepiej. - Postanowiłem nie kłamać. Z nim zawsze mogłem być szczery, czułem się dobrze w jego towarzystwie. To tyle.
- I nie wyglądasz za dobrze - próbował zażartować.
- Tak - westchnąłem.
Luhan zmieżwił mi lekko włosy, ale ja gotowałem się ze zdenerwowania. Chciałem się jak najszybciej dowiedzieć, co z jego bratem. Dlaczego mnie nie odwiedził. Czyba nic mu się nie stało...?
- Co z Sehunem? - wypaliłem. Spojrzałem na niego, w jego duże oczy. Było w nich coś dziwnego, co zaniepokoiło mnie.
Położył dłoń na mojej i uścisnął ją. O. Boże. Nie.
- Gdzie jest Sehun? - Spanikowałem. Brakowało mi powietrza, zacząłem mieć zimne dreszcze. Coś się stało. Coś złego.
- Sehun jest... - zaczął, wskazując palcem na moje serce. - Tutaj.
Powędrowałem tam wzrokiem, a potem na jego twarz, na której malowało się współczucie.
- Co? - wysapałem po minucie. Nie byłem w stanie dobrać słów, by opisać to, co właśnie czułem. Rozpacz. Tęskontę. Ból. Cierpienie. Stratę...
- On w pewnym sensie... nadal jest z tobą.
- Mówisz, jakby umrał - zamilkłem. Nie... Nie dopuszczałem do siebie tej myśli. - Niemożliwe... On nie mógł... - Wargi zaczęły mi drżeć. Patrzyłem na niego ze smutkiem w oczach. - Powiedz, że się mylę - wyszeptałem.
Przytulił mnie mocniej, a ja od razu zacząłem głośno szlochać. W tej jednej chwili straciłem cały sens istnienia.
- Kiedyś poprosił mnie, gdyby coś się wydarzyło... bym zrobił coś dla niego - odezwał się Luhan. - I dotrzymałem obietnicy.
- Jakiej obietnicy? - spytałem głucho, nadal zalewając się łzami.
- Wiedział, jak to się skończy. Doskonale o tym wiedział - mruknął niby do siebie. Pogłaskał mnie po głowie. - Hej, duszyczko, nie płacz, bo i mi się udzieli.
Momentalnie otrzeźwiałem. Oderwałem się od niego, bo nie wiedziałem, czy się przesłyszałem.
- Co powiedziałeś? - zreflektowałem się. - Jak mnie nazwałeś?
Uśmiechął się przyjaźnie.
- Duszyczko, dość tych łez. - Wytarł mój policzek. Przez chwilę przyglądał mi się, nic nie mówiąc. Tym razem żadne krople już nie poleciały z moich oczu. Wpatrywałem się w niego w niedowierzaniu.
- Co mu obiecałeś?
Westchnął.
- Obiecałem, że będziesz żyć. Nieważne za jaką cenę...
Złapałem się za głowę.
- Co on narobił... - Nie zważając na ból, odsunąłem się od niego i z trudem zszedłem z łóżka, zanim zdążył mnie zatrzymać. Kolana się pode mną ugięły i upadłem na podłogę. Nie zamierzałem się już podnosić. Chciałem tu zostać. 
Zimne kafelki były dla mnie wybawieniem od ogarniającej mnie pustki, jaką czułem. Wielkiej czarnej pustki, gdzie nie ma już Sehuna. Sehuna, którego niedawno zdążyłem pokochać, a już go utraciłem. Już nie zobaczę jego aroganckiego uśmieszku, nie poczuję jego dotyku na swojej skórze, nie zasmakuję jego pocałunków na swoich ustach... A przede wszystkim nie ujrzę tych magnetycznych oczu, które pożądały mnie każdego dnia bardziej i bardziej.
Luhan uklął przy mnie, próbował zmusić mnie, żebym ruszył się z miejsca, ale ja już na nic nie zwracałem uwagi. Odepchnąłem go, gdy wyciągnął do mnie pomocną dłoń, nie chciałem, by ktoś mi pomagał. Już nic nie było w stanie skleić mojego pękniętego serca... Połowy już nie miałem. Odeszła razem z Sehunem. Boże! To nawet nie jest moje serce! Więc dlaczego wciąż czuję, jakby nic się nie zmieniło? Jakby to nowe również go kochało...
Położyłem się, bo mój mózg prawie ekslodował od myśli, które się przez niego przetaczały.
- Co on zrobił? - zapytałem Luhana. Ten już nie wiedział, co robić. Pewnie nie spodziewał się, że tak zareaguję, ale jak miałbym inaczej?
- Wstań - poprosił cicho. Dotknął mojego ramienia. - Nie powineneś leżeć na podłodze.
- Dlaczego on to zrobił? - wrzasnąłem. Już nie wytrzymałem.
Luhan usiadł przy mnie, ale zaraz potem się położył, jak ja. Leżeliśmy tak razem w milczeniu, bo żadne słowa nie mogły oddać tego, co się stało.
- Masz jego serce - wyznał. - To on był dawcą.
Przechyliłem głowę, by spojrzeć na Luhana. W pierwszej chwili nie dotarło do mnie to, co powiedział. Ale potem przyłożyłem dłoń do piersi.
- On nie chciałby cię widzieć w takim stanie - szepnął, patrząc mi w oczy. - Ja też nie chcę.
Przytuliłem się do niego, ignorując porworny ból w klatce. Nie był spowodowany raną po operacji. Ten był gorszy, rozdzierał mnie od środka, bo straciłem kogoś więcej niż tylko ledwo poznanego chłopaka. Straciłem wszystko.
Tylko jedna zbłąkana łza odważyła się ulecieć. Spłynęła po policzku aż zniknęła w ośrodku mojej agonii.
- Tak bardzo cię kochał. Tak bardzo, że aż to go zabiło. - Objął mnie ramieniem i pocałował w czoło. - Nie wahał się, po prostu to zrobił.
Dla mnie. Zrobił to dla nnie. Nie powinienem być zaskoczony, bo ja postąpiłbym dokładnie tak samo. 
A teraz zawsze będę miał go w sercu, które jest także jego.
Już na wieki.

3 komentarze:

  1. Ok...
    Płaczę... TO. BYŁO. PIĘKNE...
    Ja, nie mogę, bo ... TT.TT
    Nie dość, że SeKai, to jeszcze tak wspaniałe...i...i...
    Okej, komentarz bez składu, ale nie potrafię napisać innego ;;
    To było piękne... Wspaniałe, i przez ten ff nie będę normalnie funkcjonować... Dziękuję, za ten one shot, bo był naprawdę przepiękny <3

    OdpowiedzUsuń
  2. *SOBS* D: moja biedna pikawa ;;; pięknie noonim i przejmująco <3 Sehun cichym bohaterem ;-; nie umiem się wyrazić zboże. too much feels man...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jejku, jakie to przepiękne. Nie mam słów.

    OdpowiedzUsuń